wtorek, 30 lipca 2013

"Sonko Pop Cool Chips Zielona Cebulka, 60g" i "Sonko Pop Cool Chips Papryka, 60g" (Healthy Food Production S.A.)

"Sonko Pop Cool Chips Zielona Cebulka, 60g" i "Sonko Pop Cool Chips Papryka, 60g" (Healthy Food Production S.A.)
Czipsy popcornowe o smaku zielonej cebulki i  Czipsy popcornowe o smaku papryki. 
cena detaliczna: ok. 3 zł.
liczba kalorii: ok. 400 kcal/100g.


Do zrecenzowania owego produktu namówiło mnie takie małe, mądre, śliczne, kieleckie blond "coś", co przywykłem nazywać dziewczyną. Akurat jestem na diecie (niestety wciąż jestem na tyle gruby, że gdy tylko ściągam obok domu koszulkę, sąsiad regularnie bierze mnie na cel swojej strzelby, pewien, że dziki wieprz zakrada mu się na podwórko), więc poszukuję nisko kalorycznych przekąsek, które zaspokoiłyby moją potrzebę zjedzenia czegoś dobrego, a nieszkodliwego. Produkt Sonko miał się stać (tymczasową) alternatywą dla moich ukochanych Laysów. Czy mu się to udało? Zapraszam do recenzji.


Zacznijmy od garstki faktów: 1) Nazwa produktu jest mało gustowna (wyobraźcie sobie, że wchodzicie do sklepu i mówicie: "Poproszę te czipsy Pop Cool o smaku papryki!" Słabo.) i skierowana raczej do przedszkolnego odbiorcy, a nie dojrzałego konsumenta. Ma natomiast pewne uzasadnienie, bo czipsy są popcornowe, a nie ziemniaczane (koło ziemniaka to nawet nie stało). 2) Czipsy pakowane są w coś, co nie jest w pełni klasyczną folią (bardzo ciekawa w dotyku, jeśli ktoś lubi macać rzeczy. Ja lubię). Co ciekawe, jedna paczka sprawiała wrażenie bardzo napakowanej powietrzem (zielona cebulka), natomiast druga wręcz przeciwnie (papryka) - zawierała luzy. Najwyraźniej bęben maszyny dmuchającej był pusty i nie nastąpiło zwolnienie blokady (w odpowiednim momencie). 3) Produkt sili się na eko, healthy, etc. Dzięki użyciu innego materiału czipsotwórczego, zawiera 75% mniej tłuszczu (w stosunku do kartoflanego odpowiednika) i nie ma w nim śladu konserwantów i glutaminianu monosodowego (czymkolwiek by to cholerstwo nie było. Mam tylko nadzieję, że twórcy nie wymyślają tych nazw na poczekaniu, bo niedługo zaczną pisać np. "Nie zawiera glutobenzynosiarczanu kutaminatydatyny" i co najgorsze - nie skłamią. A tak poważnie, w Internecie znalazłem, że produkt nie zawiera wprawdzie glutaminianu sodu czyli E- 630, ale zawiera rybonukleotydy disodowe (E-635), które są pochodną ww. glutaminianu, więc nie wysnuwałbym zbyt pochopnych wniosków co do "ekologiczności" owych czipsów).


Co do smaku, to faktycznie, warstwa wierzchnia czipsa jest dobrze nasycona aromatem przez co wrażenie "styropianowości" jest ograniczone do minimum (co nie znaczy, że go nie ma). Jeśli lubicie konsumować czipsa w ten sposób, że najpierw "wysysacie" w buzi z niego wszystkie soki - to wrażenie wpieprzania opakowania po telewizorze będzie intensywniejsze, jeśli natomiast od razu gryziecie i przełykacie, to mniejsze. Czipsy wymagają zresztą nieco większego wysiłku szczęki, niż ich ziemniaczany brat, albowiem trochę trzeba jest zgryźć, zanim się przełknie (są znacznie grubsze i mniej kruche). Co do smaku, to miałem okazję testować dwa warianty: paprykowy i o smaku zielonej cebulki. Ten pierwszy smakował mi jakby bardziej, pełniej, albowiem w drugich było trochę za dużo soli. Wszystko to jednak kwestia gustu i osobistych preferencji (w teście siły smaku - dwa różne czipsy do ryja naraz i sprawdzenie, który da się wyczuć - zwyciężyła cebula).

Czas na podsumowanie. Czipsy okazały się solidnym produktem, który zaspokaja głód i poczucie, że nie zjadło się zbyt dużo. Nie stanowią konkurencji smakowej dla najlepszych z Laysów, niemniej jednak pod presją diety, czuję się zobowiązany ocenić je na 7/10.

Na zachętę.

niedziela, 14 lipca 2013

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)
Kiełbasa drobiowo-wieprzowa, drobno rozdrobniona, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 2,79 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



Jak mówi mądre powiedzenie - "Trzecią wojnę światową przeżyją tylko karaluchy, szczury i parówki." Możesz się teraz zastanawiać drogi czytelniku: "Szczury, karaluchy, pracownicy Katedry Prawa Cywilnego WPiA UJ - rozumiem - ale dlaczego na wszystkich bogów - parówki?!" Otóż z co najmniej trzech powodów: 1) łatwości przygotowania, 2) walorów smaków, 3) walorów energetycznych. Parówki można zrobić z wszystkiego (nawet z bohaterów Disneya), zawsze mają choćby przyzwoity smak i dostarczają odpowiednio dużo energii, by przetrwać tak w naszym świecie, jak i postapokaliptycznym piekle, w którym o każdy kawałek ziemi, należy walczyć z popromiennymi potworami (z ww. Katedry).


Zabrzmi to wzruszająco, ale parówki owe podarował mi brat ze słowami: "Kupiłem ci parówki z chili, żebyś mógł zrecenzować je na Wpieprzamy." Spełniło się zatem marzenie redakcji niniejszego bloga, by otrzymywać darmowe jedzenie od licznych, hojnych donatorów. Przez jakiś czas produkt ów leżał w lodówce, aż przyszedł dzisiejszy niedzielny poranek i zainspirowana telewizyjną debatą o uboju rytualnym, wielka chęć wrzucenia na talerz kawałka martwego zwierzaka. Opakowanie od samego początku nie bardzo mi się spodobało - żółć i czerwień, to nie są moje ulubione barwy, wolałem wcześniejszą, niebieską kolorystykę wyrobów Indykpola. Ale to detal, zjada się w końcu zawartość tegoż opakowania. Można się za to z niego jeszcze dowiedzieć, że produkt składa się w 46% z mięsa indyczego, w 7% z kurczaka, a w 16% z mięsa wieprzowego. Nieźle.


By zbadać jak owe parówki smakują, przeprowadziłem Parówkowy Test Wpieprzamy (wszelkie prawa zastrzeżone) polegający na skonsumowaniu parówki w trzech trybach: 1) na surowo, 2) po ugotowaniu w sposób wskazany na opakowaniu, 3) po wrzuceniu do mikrofalówki na dwie minuty (440W)
.
Posiłek o wdzięku PRLowskiego kierowcy PKSu.
Na surowo produkt smakuje mocno przeciętnie, w połowie konsumpcji nawet nieco mnie zemdliło (może z powodu wczorajszej imprezy), dlatego nie mogę ocenić go zbyt wysoko. 4/10 to absolutnie maksymalna nota, przykro mi Indyczku. Po ugotowaniu jest o dziwo dużo lepiej, aromat chilli jest wyraźnie odczuwalny, ale nienachalny i łatwy do zabicia ketchupem lub majonezem. Wypada dać owym parówkom notę wyższą, to jest 6/10. Prawdziwą moc, parówki pokazują jednak po wsadzeniu do mikrofali, robią się wtedy naprawdę dobre, także wtedy, gdy przesadzimy, doprowadzając do pęknięcia skórki. Nota wędruje więc do góry o jeden stopień, docierając do oceny 7/10, co jak na parówki jest całkiem niezłym wynikiem.
Rekomenduję, przyrządzać je właśnie w ten sposób.

wtorek, 9 lipca 2013

"Lays MAX Ser & Zielona Cebulka", 140g (Frito-Lay)

"Lays MAX Ser & Zielona Cebulka", 140g (Frito-Lay)
Czipsy ziemniaczane, grubo krojone.
cena detaliczna: ok. 4.49 zł.
liczba kalorii: ok. 700 kcal. (cała paczka)

Wakacje to czas dokonywania trudnych wyborów, takich z pogranicza życia i śmierci (towarzyskiej). Jak bowiem powszechnie wiadomo - nikt nie lubi grubych ludzi. (Ta piękna, generalna zasada uświęcona latami tradycji nie dotyczy Wojtka Manna i kobiet w ciąży (ale i to pod warunkiem, że jest to twoja żona)). Toteż trzeba wybierać - albo zamkniesz ryja i weźmiesz się za siebie, biegając w te i we wte oraz chodząc na siłownię, aby potem pozować do wakacyjnych "słitfoci" na fejsa, albo zignorujesz zalecenia dietetyków i dobrze na wakacyjnej słitfoci będziesz wyglądać tylko w otoczeniu tuczników z pobliskiej obory. Myślisz, że wybór jest prosty? Nic bardziej mylnego! Podejmowanie takiej decyzji łączy się z niemal fizycznym bólem.

Z jednej strony - trzeba bowiem ciężko harować, żeby wyglądać szczupło i pięknie, tryskać zdrowiem i energią, a z drugiej strony czipsy. Niby trzeba podobać się płci pięknej (osobiście spasłem się tak, że wstydzę się ściągać koszulkę już przed samym sobą, bojaźliwie zasłaniając cycki, żebym ich przypadkiem nie zobaczył), a z drugiej strony kiełbasa z grilla i karkówka. Ból, ból, kalorie i ból.

Nawet najpiękniejsze "dziewczyny z Facebooka" mają problem z dokonywaniem owych wyborów.

Sam biegam głównie po supermarkecie, więc nikogo nie powinno dziwić, że pewnego słonecznego dnia wpadłem na zupełnie nowe Laysy MAX (na półkach sklepowych zadebiutowały w połowie czerwca!) o smaku sera i zielonej cebulki. Pewnie zignorowałbym estetyczne, błękitne opakowanie (kojarzone raczej z tradycyjnymi Laysami o smaku fromage), ale mą uwagę przykuł napis po drugiej stronie paczki - "Wszystkie składniki Lay's są powszechnie stosowane w produkcji żywności", co tak naprawdę znaczy mniej więcej tyle, że gdy upowszechni się robienie czipsów z postsowieckich odpadów atomowych, to będziecie mogli zrezygnować z korzystania z lampki nocnej. Nie będzie Wam potrzebna.


Czym prędzej rozdarłem paczkę, z której wydobył się miły, cebulowy zapach. Nowe czipsy wyróżniają się z nietypowym, falistym kształtem (przypominającym nieco kształt płyt azbestowych, które przez lata miałem na dachu (nie muszę chyba dodawać, że mój pokój mieścił się na poddaszu... Rodzice bardzo mnie kochali)), który możecie zaobserwować na fotografii poniżej:


Muszę przyznać, że jest on dużo wygodniejszy w konsumpcji. Czipsy nie łamią się zbyt łatwo w ustach, dzięki czemu można w pełni nasycić się ich smakiem. Co do tego ostatniego, to jak można się spodziewać - jest mocno słonawy i więcej w nim posmaku cebuli, niż sera. Jest niezły, ale po kilkunastu czipsach zaczyna nużyć. Nie jest to z pewnością produkt, którego paczkę zjadłbym w całości podczas jednego wieczoru (co może być jakąś zachętą do jego kupna w wakacje, gdy już bardzo musimy, ale...).

Odstrasza też cena - stanowczo za wysoka. Daleko bowiem "MAXom" do rewelacyjnych, wyrazistych "Strongów", które w kategorii - "czipsy do 4.5 zł" - zmiatają wszystko co staje im na drodze. Jadłem jakiś czas temu zwykłe, lewiatanowe czipsy i w smaku niewiele różniły się od recenzowanego produktu, a były sporo tańsze.

Podsumowując, kształt to krok w dobrą stronę (nigdy nie lubiłem cienkich czipsów), ale smak - to pomimo zachowywania pewnego poziomu - jednak jakieś rozczarowanie. Mogłoby być lepiej.
6/10

wtorek, 28 maja 2013

"Servet's" ("U Szwagra" ul. Lea, Kraków)

"Servet's" ("U Szwagra" ul. Lea, Kraków)
cena: 12 zł
liczba kalorii: over 9000

Można by rzec, że składanej sobie i poniekąd czytelnikom obietnicy nie korzystania z fast-foodów jednocześnie nie wypełniłem i wypełniłem. Nie wypełniłem, gdyż niniejsza recenzja dotyczy tego typu jedzenia i wypełniłem, bo nie miałem nic wspólnego ze spożywaniem produktu (no, chyba że liczyć badawcze przyglądanie się z boku). Moim asystentem w stworzeniu nowatorskiej w formie recenzji był G., którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Drodzy Państwo: czytacie prawdopodobnie pierwszą w historii recenzję pisaną z "drugiej ręki", z "drugiego podniebienia" - tak może bardziej. Także pierwszą dania, a nie, jak to zwykle bywa, gotowego produktu. G. opowiada mi, co przeżył i czy warto, a ja smakuję językiem wyobraźni i opisuję. Wszystko dlatego, że mój układ trawienny takiego przysmaku mógłby nie zdzierżyć.

W kolejce do szczęścia

Przedmiotem dzisiejszych rozważań jest "Servet's" z baru "U Szwagra" na ulicy Lea. Jest to popularna knajpa, szczególnie wśród tak zwanych "nocnych kowbojów" wracających z całonocnych przygód krokiem chwiejnym jak sytuacja polityczna na Bałkanach. Od niektórych z nich, koneserów, dowiedzieć się można o teoriach dotyczących genezy nazwy "Servet's". Ktoś twierdzi, że danie wymyślił Miguel Servet - hiszpański teolog, astronom, prawnik i lekarz jako nieudany eksperyment na żołądkach paryskich mieszczan. Inny mówi, że to od charakterystycznego naczynia, serwety-koperty, w którą wkłada się zawartość. Kwestia pozostaje nierozstrzygnięta.

Porcja mięsa i frytek z sosami, bo tym właściwie jest ten przysmak (patrz ryc. 1) cieszy się "U Szwagra" ogromną popularnością, przewyższającą kebaby i zapiekanki. Może to wynikać z faktu, że - przynajmniej intuicyjnie - bardzo się on opłaca. W okolicznościach typowo "szwagrowych" (zmęczeni studenci wracający ze wspólnej nauki wszędzie dokoła) G. zamawia Graala krakowskich budek z żarciem. Fast-food ostateczny - "Servet's"

ryc. 1 (autorstwo: G.)

Po krótkiej chwili oczekiwania mój asystent dzierży już w dłoni rożek z rarytasami. Wygląd jego nie jest niczym szczególnym ani też - należy szczerze przyznać - apetycznym. Duże, brzydkie kawałki kurczaka wystają z tektury. G. nie należy jednak do osób "jedzących oczami". "Jak walory smakowe?" - pytam zaciekawiony. Z relacji wynika, że mięsko jest smaczne, dobrze wysmażone i nie chrzęści. Jednak czasem kawałki mięsa są zbyt duże, nie pokrojone (ten problem niestety się powtarza). Frytki również bardzo dobre. Warto trafić, tak jak my, na karbowane - te są bardziej chrupiące. Proporcje wszystkich składników są odpowiednie, także biorąc pod uwagę ilość sosu (ważne: pani z czarnymi włosami ładuje więcej mięsa). Sos należy zamówić mieszany, bo bardziej się opłaca. Jego pikantność jest świetnie wypośrodkowana - smak jest wyraźny, a (tu cytat) "ryja nie wyparza".

Cechą charakterystyczną "Servet'sa" jest to, że już w połowie konsumpcji człowiek czuje się najedzony. Tu zapewne pojawiają sie pierwsze wątpliwości, ale zostają szybko zagłuszone upojeniem alkoholowym i wnioskiem: "przecież nie wyrzucę". Nasza decyzja zostaje sowicie wynagrodzona dojściem do etapu, w którym kurczak jest wymieszany z fryteczkami i sosem. Tu podobno jest najprzyjemniej. Na końcu jeszcze zostają same frytki, które możemy namoczyć resztkami tłuszczyku. Głód został zaspokojony. Gdzieś tak do podwieczorka następnego dnia. Pozostaje sympatyczny posmak i pierwszy wyrzut sumienia, a w oczy zagląda widmo jutrzejszej niestrawności.

Dzierż mocno, bo kradną
Wydaje mi się, że podobieństwo opisywanego dania do dantejskiego piekła, które również ma formę leja, nie jest przypadkowe. Jest to z pewnością wymysł diabła, mający nas oduczyć pijaństwa albo imprez bez zakąski. G. kończy opis: "jeśli mówimy o kategorii szybkiego jedzenia, to coś smaczniejszego z pewnością istnieje, ale coś, czym najeść się można bardziej - z pewnością nie". Dopytuję, czy warto: "raz spróbować tak - jak ze skokiem na bungee albo koncertem jazzowym". Więcej nie ma sensu. "Chyba, że jesteś koneserem" - dodaje G.

8/10

P.S. G. po dwóch dniach spożywania "Servet'sa" z rzędu zachorował. Po krótkim okresie rekonwalescencji i trzymania się za brzuch wszystko jest z nim w porządku. Dziś mieszka na farmie wraz z ulubionymi zwierzętami i poświęca się pisaniu pamiętników. Dzięki pracy na rzecz zdrowego stylu życia otrzymał medal z rąk prezydenta. Jego przewód kanonizacyjny jest otwarty.

czwartek, 23 maja 2013

"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)


"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)
cena detaliczna: 6,49 - 8 zł (co sklep to inny obyczaj),
liczba kalorii: nie podano (!)



Myślę, że każdy z nas doświadczył swego rodzaju „przebudzenia z ręką w nocniku”, tj sytuacji, kiedy uświadomił sobie, że jest dzień świąteczny/głęboka noc/odludzie, a on nie ma nic do zjedzenia; tyczyło się to zwłaszcza chleba. 

Dróg ratunku jest wtedy kilka – najczęściej pada na Stację Benzynową, która, choć otwarta, zabija cenami. A kiedy już znajdziemy się na tej stacji, szukamy chlebopodobnych wytworów, takich jak styropianowe podstawki z ryżu, WASA (recenzja nie zawiera lokowania produktu) oraz właśnie bohater niniejszego tekstu, Mleczne Bułeczki.

 



Naturalnie, powyższa sytuacja jest mocno przerysowana – ktoś wspomniane bułeczki kupić może w podróż, dla dziecka, albo do nocnej posiadówy z grą multiplayer. Nie wiem, czy ktoś je kupuje dla smaku – nie chcę dopuszczać takiej myśli do mojej ciasnej łepetyny. 

Bułeczki powitały mnie w sklepie promocją – zapłaciłem za nie jedynie 6,49, czyli cena jednostkowa jednego wypieku wynosiła 65 groszy; nieźle. W innych sklepach cena bułeczek dochodzi do 8 złotych, i to już jest bolesne, zwłaszcza że tańsze odpowiedniki kosztują ok. 4 złote. 



Ale nie cena się liczy – wszak to jedne z najlepszych sztucznie podtrzymywanych przy życiu wypieków na rynku! 10 bułeczek załadowanych jest do mocnego, przeźroczystego worka, niezbyt szczelnie zadrukowanego napisami wszelakimi. Środków konserwujących trochę jest. Ale nie za dużo! Data krańcowej przydatności do spożycia została ustalona w moim przypadku na 17 czerwca 2013 roku, co każe sugerować, że mamy do czynienia z czymś teoretycznie naturalnym. No właśnie, sugerować. 

Kiedy już dorwiemy się do bułeczki, pochwycimy, przegryziemy, przeżujemy, połkniemy, to... Staje nam przed oczyma te 7 złotych, które mogło pójść na pierogi, dwa piwa albo bananowe kondomy. Co prawda bułeczka pachnie ciastem drożdżowym takim jak od babci®, i tu duży plus, to jednak, gdy zagłębimy się w woń ciasta, poczujemy masło. Takie roztopione na słońcu, prawie że jełczejące , chcące oddzielić jestestwo pleśni od jestestwa masła, i zacząć nowe, lepsze życie na granicy lipidów i estrów glicerolu. 




Co straszy dalej? Gąbczasta struktura rodem z bułek a la McDonald, co prawda o wiele bardziej treściwa, ale to akurat wada – z bułeczek skutecznie da się ulepić figurkę Jezusa Frasobliwego. Zgniecione ciasto smakuje zaś jak ciasto niedopieczone? Może dorasta w naszych żołądkach? 

Smak? Słodki z nutką soli, no i te wszystkie aromaty typu bułka/masło. Smak nie jest ważny w przypadku pokarmu mającego poratować przed nagłym głodem. Są gorsze rzeczy – bułeczka niezbyt właściwie reaguje w kontakcie ze śliną. Robi się wtedy bardzo twarda, niczym kamień. Już dawno nie przełykałem z taką dezaprobatą. Czuć coś syntetycznego, coś mdlącego. Po zjedzeniu trzech bułeczek było mi niedobrze – na szczęście czwarta zadziałała niczym korek od butelki wina, i zatrzymała wybuch małej apokalipsy. 

Mam świadomość, że na rynku istnieją produkty konkurencyjne, ba, nawet kiedyś je jadłem! Ale i tak „Bułeczki” ratuje tylko data zalecanego spożycia, co każe sugerować, że jest to wypiek w miarę naturalny. I za to w niniejszej recenzji produkt ten dostanie oczko więcej, łącznie: 5/10.   



sobota, 18 maja 2013

Aero Bubbles (Peppermint), 113g (Nestle)

Aero Bubbles (Peppermint), 113g (Nestle)
Kuleczki czekoladowo-miętowe. 
cena detaliczna: 41p - £1.5 (w zależności od promocji)
liczba kalorii: 145 kcal na każde 9 kulek.


Napisy na zgrabnym, zielonym opakowaniu zachęcają do dzielenia się, ale ja nie zamierzam się nimi dzielić. Nabywam kuleczki w najbliższym Sainsbury's i chichocząc, niczym Gollum porywam do swojej nory, gdzie pochłaniam w samotności. Z zewnątrz produkt naprawdę robi wrażenie - folia jest gruba, logo z nazwą produktu wyraziste i pokryte błyszczącym lakierem, a wszelkie informacje podane w sposób niezwykle przystępny. Klasa światowa! Uczcie się rodacy, uczcie od najlepszych!

Całość jest przy tym idealnie wyważona. Nie zrozumcie mnie źle - słodyczy zawsze jest za mało (i dobrze, bo i tak już jestem za gruby) - ale tych jest "za mało" w sposób bardziej zbliżony do "w sam raz". Gdyby jeszcze nie te napisy z tyłu opakowania - "party", "enjoy" i "share" - byłbym wniebowzięty! Ale, ale, zachwycam się opakowaniem, a pora przyjrzeć się samemu produktowi.


Kuleczki wysypują się z mroku, po lekkim wstrząśnięciu saszetką. <Są wystraszone, boją się, drżą, jakby z zimna.> Optycznie nie sprawiają wrażenia jakby było ich dużo, ale - jak to kulki - mają taką fajną właściwość, że są okrągłe i same wysypują się z opakowania (dzięki właściwościom tocznym), przez co można uniknąć lękliwego zaglądania do środka i stresowania się, że "niedługo koniec" (przyznajcie, perspektywa końca czegoś dobrego zawsze jest szokująca). Kolejny plus dla gościa, który projektował opakowanie.


Jeśli chodzi o wygląd pojedynczej kulki, to z zewnątrz są brązowo-zielone (po połowie), przy czym to brązowe to klasyczna mleczna czekolada, natomiast to zielone to miętowa aero-czekolada (bąbelkowa - nadmuchana, jak ser szwajcarski). Całość wypełniona jest zresztą właśnie tym zielonym, więc tradycyjnej czekolady nie ma tu tak dużo.

Smakuje to oczywiście wyśmienicie (jeśli ktoś lubi miętę) i orzeźwiająco, odświeżając jamę ustną pysznie miętowym smakiem (mimo to dalej musicie myć po nich zęby, przykro mi). Kulki nie działają przy tym narkotyzująco (jak np. żelki, które zjadam metodą: jeden żelek, jeden żel, dwa żelki, trzy żelki, pięć żelków, cała paczka do ryja), można je odstawić na moment i zjeść za godzinę, lub na drugi dzień (nie mówię, że to łatwe, niemniej jednak możliwe). Najlepiej konsumować je przez wsadzenie do otworu gębowego i czekanie, aż się rozpuszczą. Powyższe sprawia, że są godnym polecania produktem, którym można (i należy) rozkoszować się w samotności. Jest ich niestety zbyt mało, żeby się dzielić.

9/10

niedziela, 12 maja 2013

Precle z masłem "Bonitki", 294g (Biedronka)




Precle z masłem "Bonitki", 294g (Biedronka)
ciastka 
cena detaliczna: 6,29zł
liczba kalorii: 508 kcal


Jest w życiu takie jedno z najpiękniejszych uczuć, kiedy udaje się coś odkryć. Niezależnie od tego, czy jest to piękny bursztyn na plaży, czy filmik z kotem grającym w twistera, chodzi o satysfakcję, którą daje możliwość przekazania odkrycia dalej. Moim sukcesem, który sprawił, iż poczułem się jak najlepszy poławiacz pereł, są precle "Bonitki" z wiadomego owadziego dyskontu.

Zdziwienie i radość tym są większe, że raz na nazwie "Bonitki" już się sparzyłem. Zakupiłem kiedyś herbatniki tej marki - a musicie wiedzieć, że na herbatnikach to ja się znam - i zyskały one mało zaszczytne miano "syfu roku". Zupełnie bez koloru, w smaku sztuczne i niczym nie przypominające prawdziwych wypieków w rodzaju tych z pięćdziesięcioma dwoma ząbkami. Nigdy więcej.

Niech was ręka boska broni!


Któregoś jednak dnia, żerując w moim rodzinnym domu, otworzyłem paczkę bliżej mi nieznanych ciastek. Uwagę na nazwę produktu i napis "25% masła" (tak, jest tam go więcej, niż w "Delmie") zwróciłem dopiero, gdy zjadłem wszystkie ciasteczka. "Niemożliwe" - pomyslałem. To trochę takie uczucie, jak zobaczyć waszą najbrzydszą koleżankę z podstawówki na okładce "Harper's Bazaar". Niby nazwisko takie same, ale musisz przyjrzeć się dwa razy.

No to teraz do rzeczy. Zacznijmy od opakowania i wyglądu. To nie urzeka jakoś specjalnie urodą, ale logo czy wzory graficzne nie starają się naśladować żadnego innego produktu wiodącej marki, a w przypadku "Biedronki" to już pewien plus. Ciacha ułożone są równo w rzędach w plastikowym pudełku, nie walają się więc wszędzie i zmieniają swój kształt dopiero pod naciskiem naszych siekaczy. Precle przypominają precle tylko w zarysie, więc może paść zarzut braku precyzji wykonania, ale słuszna ilość cukru nam to wynagradza tak w warstwie wizualnej, jak i smakowej. 

Konsystencja nadaje "Bonitkom" swoistej lekkości, której nie należy pomylić z "napompowaniem" w celu zmniejszenia masy produktu. Ciasto jest trochę francuskie, kruche (nie polecam jedzenia w środkach masowej komunikacji ani samochodzie kolegi). W pewnych miejscach, jak się zdaje, bardziej wypieczone. Do tego całkiem przyjemnie pachną, z deczka podobnie do takich duńskich maślanych ciasteczek sprzedawanych w puszkach. Czas spróbować!

W smaku biedronkowe precle są wyśmienite! Trudno mi opisać, co dokładnie na to wpływa, ale zwróciłbym uwagę na rolę masła i cukru, który jest głównym źródłem umiarkowanej słodyczy i umożliwia jedzenie dużych ilości ciastek. Jest także coś, co sprawia, że szybko i głęboko od nich się uzależniamy. Naprawdę trudno jest przestać! Gdyby ktoś chciał nakręcić remake "Trainspotting", to powinien on traktować o ludziach uzależnionych od słodyczy z "Biedronki" (ale to raczej nie wybiłoby się poza festiwal w Sundance). Obawiam się, że dla części konsumentów "Bonitki" mogą mieć negatywny wpływ na życie i relacje ze społeczeństwem! 
Oscar za charakteryzację
Opisane przeze mnie precle są więc produktem wyjątkowej jakości, znacząco przewyższającym swoją półkę cenową. Tak dobrym, że aż boję się o nim pisać, bo zwiększam tylko szanse na masową histerię z nimi związaną. Pomyślcie tylko - jeszcze niedawno mało kto wiedział, kim była Anna German, a dziś jest najpopularniejszym polskim artystą. Dlaczegóż to samo nie może zdarzyć się w świecie produktów spożywczych? Szczególnie, że w tym wypadku naprawdę warto. Myślę, że wystarczy pozwolić Rosjanom zrobić serial o "Bonitkach" (na pewno można by uczynić z nich bardziej wielowymiarową postać) i nałożyć na nagranie filtr w kolorze tych maślanych przysmaków. Panie i Panowie - czas na preclomanię! 

9/10