Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na śniadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na śniadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2014

Śniadanie

Bardzo dawno temu ludzie zdobywali pożywienie na bieżąco polując i zbierając, a na świecie nie było ani jednego papieża (przypominam, że dziś mamy dwóch). Dla nieobeznanych - polowanie polega na tym, że biega się z miejsca na miejsce modląc się o to, aby się wreszcie poszczęściło. Samotnie lub w grupie. Coś jak clubbing, tylko ze skórowaniem, ale wierzcie mi - oni byli lepiej ubrani. Łowy mają ten ogromny minus, że aby biegać za czymś żywym trzeba mieć na to siłę, a siłę bierze się z jedzenia więc... Zbieractwo - to jest coś dla nas! Zbieractwo wymyślono zaraz po koszach z wikliny, bo chyba wiecie, jak nieelegancko zbierać jagody do plastiku. Ogólnie z obu da się wyżyć, ale ktoś wpadł na pomysł: "Hej! Postawmy tu chałupkę, rozsiejmy nasiona i zbudujmy więzienie dla każdego stworzenia, które nie zna arytmetyki i uda nam się je złapać!". Tak zrobili. Nazywa się to osiadły tryb życia i pozwala nam to oglądać w spokoju nowy sezon "Gry o Tron" zamiast biegać za dzikami.

Łowczyni po tygodniach niepowodzeń
Ale dało nam to coś jeszcze! Dzięki łatwemu dostępowi do żywności ludzie, zamiast zjadać wszystko naraz wtedy, gdy się pojawiło (na przemian: mamut - dieta, mamut - dieta), zaczęli dzielić posiłki i spożywać je o różnych porach dnia. Całkiem błyskotliwe, nie zawsze realistyczne (wciąż nie mogę zakwalifikować tej paczki ciastek po obiedzie), ale to ciekawe zagadnienie i czemu by nie napisać o nim więcej, analizując śniadanie, drugie śniadanie (tu plus za oryginalność nazwy), obiad, podwieczorek i kolację?

Na pierwszy ogień idzie śniadanie. Zjada się je w godzinach od 5 rano do 10:30 (przynajmniej tak chce Ronald McDonald). Mówi się, iż jest to posiłek najważniejszy i powinien być pożywny. Dobrze przeczytaliście - pożywny. Kawa i papierosy są zdecydowanie poza menu. Najlepiej więc zjeść coś z nieśmiertelnego tria (always on tour!): jajecznica, parówki i kanapki. Problem ze śniadaniem jest taki, że gdy pracujemy na poranną zmianę, jesteśmy zmuszeni przygotowywać je w trybie "zombie". Dlatego właśnie nie powinno się wydziwiać z jakimiś omletami czy innym badziewiem, tylko wyćwiczyć się na poziom "pro" w rozbijaniu skorupek, gotowaniu wody na parówki i smarowaniu pieczywa. Coś trudniejszego może po prostu napotkać na przeszkodę w postaci porannego stanu naszych umiejętności manualnych.

Hola! Big Mac o 9? Dobrze się czujesz?
Ktoś w tym momencie na pewno pomyślał: "Przecież parówki są niezdrowe! Widziałem reportaż w telewizji, w którym wkładają do nich zmielone numery Życia na gorąco!" Tak, wszyscy widzieliśmy ten reportaż. Ja także. Ale - jak to mówią - czas leczy rany. Pewnie przez lata poprawiła się jakość produktów, pojawiły się lepsze rodzaje. W tym momencie - to ciekawostka - sprzedaje się naprawdę dobre parówki z dużą ilością prawdziwego mięsa, tylko nazywa się je "kiełbaskami". To jest taki swego rodzaju awans ("Kochanie, od dziś nie jestem serdelkiem, jestem kiełbaską! Koniec z Mazurami, w tym roku lecimy na Rodos!").

Takich cyrków nie ma z jajkami (przynajmniej dopóki ktoś nie zacznie ich reklamować jako wolnych od GMO, jak robi to "Farmio"). Jajka także są oczywiście są lepsze i gorsze (numer "3", czyli jajka składane w Alcatraz). Najlepsze są te od kur luźno biegających, nie zestresowanych - na ryneczku oznaczają je jako odmiana "Woodstock". Co ciekawe, są one jakby większe, jaśniejsze i papka jajecznicowa z nich robiona jest jakby bardziej gładka. Cóż jednak z tego, jeśli nie mamy czasu się zachwycać smakami, bo spieszymy się do pracy/na uczelnię/na pociąg/poranną grę w piłkę?

Ferma
Sytuacja może stać się nieco napięta, z groźbą spóźnienia się na środek transportu włącznie. Istnieją dwa sprawdzone sposoby radzenia sobie z nią. Pierwszy - zrobienie sobie kanapki w mieszkaniu w celu zjedzenia przez drogę; drugi - zakupienie pączka/drożdżówki w "Awiteksie". Jak widzicie jest to ostateczność, bo jesteśmy zmuszeni zjeść pseudo-wypiek z "Awiteksu" lub spożyć kanapkę w miejscu publicznym. A jakimś cudem jedzenie kanapki przy ludziach (szczególnie nie zawiniętej w papier) wydaje mi się wyjątkowo niezręczne. Mam wtedy wrażenie, że wszystkie spojrzenia lądują na mnie, a może to być o tyle traumatyczne, że w pewnym momencie na mnie ląduje też kawałek szynki lub w najlepszym razie okruchy z chleba.

Tyle z naszego podwórka. Jak może wiecie - a na pewno warto przywołać ten fakt w tym miejscu - cywilizowany świat (czyli gdzieś tak od Marsylii do Edynburga) zna dwa główne rodzaje śniadań - francuskie: takie z bagietą i dżemem (pamiętajcie, by nigdy nie mylić dystynkcji ze skąpstwem) i wyspiarskie: z bekonem, fasolą i jajkiem (po czymś takim można rządzić światem). Oba to jednak straszna nuda. Amerykanie jedzą np. naleśniki i polewają je sosem klonowym. Podobno jest to ambrozja. Tzn. widziałem to w "Pełnej chacie" i równie dobrze mogli kłamać wiedząc, że nigdzie nie dostanę mąki kukurydzianej. Sami widzicie, jak bardzo jesteśmy cywilizacyjnie do przodu z naszymi parówkami, nawet jeśli znajdziemy w niej artykuł o życiu prywatnym Shazzy.

Dobrze wiem, że i tak większość z was śniadania nie je, albo je o 14, więc potraktujcie to jako luźny zestaw przemyśleń i porad. Jeśli tylko nie będzie wam burczało w brzuchu do 12, uznam to za swój sukces. Następnym razem: drugie śniadanie.

niedziela, 26 stycznia 2014

MaxiPizza Salami (duża)

MaxiPizza Salami (duża) (www.maxipizza.pl)
cena detaliczna: 26,44 zł. / 24,88 (zamawiając z „ulotką internetową”)
liczba kalorii: przeogromna


Zatrzymajmy się na chwilę nad znaczeniem, jakie wiąże się z zamawianiem i spożywaniem bomby kalorycznej jaką stanowi typowa pizza zamówiona w naszej szerokości geograficznej.

W tym miejscu warto dodać, że nie chodzi tutaj o pizzę zamawianą w trakcie i w ramach imprezy, np. urodzinowej. Nie chodzi tu o sytuację, gdy okoliczności rozgrzeszają taki posiłek - ba! - gdy jest on całkowicie na miejscu. Mowa tu o pizzy w dzień nasz powszedni. We środę, dajmy na to. Zamawianie, gdy nie można znaleźć żadnego uzasadnienia innego niż to, że chce się zjeść pizzę.

W takiej sytuacji nurzamy się w grzechu. Radośnie skaczemy na główkę w głąb ludzkiej słabości. Pizza bowiem, niezależnie od miejsca jej zamówienia, jest z natury swojej niezdrowa, kaloryczna i nieopłacalna (sic!). Być może wśród czytelników znajdują się osobnicy, którzy bez żalu wydają 25 złotych na posiłek wypełniony smakiem i pozbawiony wartości odżywczych. Ja do takich ludzi nie należę.
MaxiUlotka
A jednak wciąż to robię. Zamawiam pizzę. Wiedząc, że robię źle, robię to mimo wszystko, jak śpiewające bandziory w "West Side Story". Wiem doskonale, dlaczego ją zamawiam, wiem, że to nieracjonalne, wiem nawet, jak zdusić w sobie atawistyczne pragnienie tłuszczu, soli i cukrów prostych, których magiczną mieszanką jest pizza. Wiem, że będę żałował, a mimo to – wykręcam numer.

Ostatnio najczęściej po MaxiPizzę.

Pamiętam mój pierwszy raz, pierwszy moment spotkania moich kubków smakowych z ordynarnie fastfoodowo wyglądającym ciastem MaxiPizzy. Była ciemna, styczniowa noc, siedziałem wygłodniały w podziemiach jednego z licznych krakowskich klubów. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach setek wylanych piw i tysięcy młodzieńczych uniesień, wszystkich tych rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę.

Tam, na stole, leżała Ona. Pizza Salami, nr 4, na cieście grubym. Jeszcze ciepła.

Od tamtego czasu, ilekroć o niej opowiadam, używam tego samego sformułowania, które z każdym użyciem staje się coraz mniej dowcipne. MaxiPizza to pizza z kokainą.

W tym miejscu oświadczam wszem i wobec, MaxiPizza, zamawiana na ul. Bratysławskiej w Krakowie jest pizzą moją ulubioną, a jadłem ich wiele.

MaxiPizza nie udaje, że jest czymś innym, niż jest. Każdy pretensjonalny Włoch przewracałby nad nią oczami, kręcił nosem i mówił po włosku. Jest pizzą z wyglądu, składników i smaku w pełni fastfoodową. Staje w swojej zamerykanizowanej prawdzie przed naszymi oczyma i mówi: Oto jestem! Jedz mnie, jeśli zechcesz, ale nie łudź się konsumencie, nie jestem niczym innym ponadto, jak wyglądam! Jestem niezdrowym jedzeniem, jestem jedzeniem, o którym sobie obiecujesz, że nigdy więcej i do którego wracasz raz za razem, niezawodnie. 

I bardzo dobrze, w roli takiego właśnie posiłku spisuje się znakomicie.

Zdjęcie ze strony internetowej, rzeczywista pizza może się od niego różnić
Zamawiajcie koniecznie na grubym cieście - jest miękkie i pyszne. Składniki, nieliczne, rozpływają się w ustach, zalewając kubki smakowe rozpuszczonymi super-trans-nasyconymi tłuszczami. Domyślam się, że składnik, który sprawia, iż tak smakuje, to coś w rodzaju glutaminianu sodu, ale w momencie, gdy trzymasz ją w ustach, nie ma to znaczenia. Chcesz tylko jeść, jeść więcej, tyć, nie ruszać się z kanapy, grać w gry komputerowe i z MaxiPizzą przy boku przegrywać życie. Staczać się w rytmie radosnego przeżuwania.

Bacz jednak na jedno! Czar szybko pryska.

MaxiPizza pozostawiona samej sobie, odłożona na bok, stygnie, schnie, tłuszcz na niej zastyga i się utwardza, słowem – traci cały swój wulgarny urok. Patrzysz na nią i widzisz niezdrowe jedzenie pozbawione magii.

Ale niech żywi nie tracą nadziei! Dzięki największym osiągnięciom współczesnego świata kulinarnego w postaci mikrofalówki w ciągu kilku minut można przywrócić pizzy 75% dawnego aromatu. To wciąż całkiem nieźle.

Zatem, jeśli ktoś chce poczuć się jak niezdrowy prosiak, oto prosta droga. Jedzcie, tyjcie, wzrastajcie w radości obżarstwa. Potem bądźcie dla siebie mili, poklepcie się po brzuszkach, powiedzcie sobie errare humanum est, humani nihil a me alienum puto i obiecajcie sobie, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Daję tylko 8/10 bo bardzo głęboko pragnę wierzyć, że istnieje pizza jeszcze lepsza. I serce mi krwawi, gdy pomyślę o wszystkich tych ludziach w Krakowie, do których MaxiPizza nie jest dowożona.

Smacznego!



P.S.
Konkrety:
Pizza jest dość duża (45 cm.) na grubym, bardzo miękkim, puszystym cieście. Składniki według strony internetowej to: sos pomidorowy łagodny, ser mozarella, salami, oregano. Według mnie to salami i maź pomidorowo-serowa na wierzchu. Wrażenie taniości i niewielkiej ilości składników towarzyszy konsumentowi od pierwszego wejrzenia, ale ze względu na doskonały smak całości można przymknąć na to oko, a nawet oboje oczu. Ogólnie bardzo dobrej jakości pizza natelefonowoimprezowa.

Michał

niedziela, 14 lipca 2013

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)
Kiełbasa drobiowo-wieprzowa, drobno rozdrobniona, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 2,79 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



Jak mówi mądre powiedzenie - "Trzecią wojnę światową przeżyją tylko karaluchy, szczury i parówki." Możesz się teraz zastanawiać drogi czytelniku: "Szczury, karaluchy, pracownicy Katedry Prawa Cywilnego WPiA UJ - rozumiem - ale dlaczego na wszystkich bogów - parówki?!" Otóż z co najmniej trzech powodów: 1) łatwości przygotowania, 2) walorów smaków, 3) walorów energetycznych. Parówki można zrobić z wszystkiego (nawet z bohaterów Disneya), zawsze mają choćby przyzwoity smak i dostarczają odpowiednio dużo energii, by przetrwać tak w naszym świecie, jak i postapokaliptycznym piekle, w którym o każdy kawałek ziemi, należy walczyć z popromiennymi potworami (z ww. Katedry).


Zabrzmi to wzruszająco, ale parówki owe podarował mi brat ze słowami: "Kupiłem ci parówki z chili, żebyś mógł zrecenzować je na Wpieprzamy." Spełniło się zatem marzenie redakcji niniejszego bloga, by otrzymywać darmowe jedzenie od licznych, hojnych donatorów. Przez jakiś czas produkt ów leżał w lodówce, aż przyszedł dzisiejszy niedzielny poranek i zainspirowana telewizyjną debatą o uboju rytualnym, wielka chęć wrzucenia na talerz kawałka martwego zwierzaka. Opakowanie od samego początku nie bardzo mi się spodobało - żółć i czerwień, to nie są moje ulubione barwy, wolałem wcześniejszą, niebieską kolorystykę wyrobów Indykpola. Ale to detal, zjada się w końcu zawartość tegoż opakowania. Można się za to z niego jeszcze dowiedzieć, że produkt składa się w 46% z mięsa indyczego, w 7% z kurczaka, a w 16% z mięsa wieprzowego. Nieźle.


By zbadać jak owe parówki smakują, przeprowadziłem Parówkowy Test Wpieprzamy (wszelkie prawa zastrzeżone) polegający na skonsumowaniu parówki w trzech trybach: 1) na surowo, 2) po ugotowaniu w sposób wskazany na opakowaniu, 3) po wrzuceniu do mikrofalówki na dwie minuty (440W)
.
Posiłek o wdzięku PRLowskiego kierowcy PKSu.
Na surowo produkt smakuje mocno przeciętnie, w połowie konsumpcji nawet nieco mnie zemdliło (może z powodu wczorajszej imprezy), dlatego nie mogę ocenić go zbyt wysoko. 4/10 to absolutnie maksymalna nota, przykro mi Indyczku. Po ugotowaniu jest o dziwo dużo lepiej, aromat chilli jest wyraźnie odczuwalny, ale nienachalny i łatwy do zabicia ketchupem lub majonezem. Wypada dać owym parówkom notę wyższą, to jest 6/10. Prawdziwą moc, parówki pokazują jednak po wsadzeniu do mikrofali, robią się wtedy naprawdę dobre, także wtedy, gdy przesadzimy, doprowadzając do pęknięcia skórki. Nota wędruje więc do góry o jeden stopień, docierając do oceny 7/10, co jak na parówki jest całkiem niezłym wynikiem.
Rekomenduję, przyrządzać je właśnie w ten sposób.

czwartek, 23 maja 2013

"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)


"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)
cena detaliczna: 6,49 - 8 zł (co sklep to inny obyczaj),
liczba kalorii: nie podano (!)



Myślę, że każdy z nas doświadczył swego rodzaju „przebudzenia z ręką w nocniku”, tj sytuacji, kiedy uświadomił sobie, że jest dzień świąteczny/głęboka noc/odludzie, a on nie ma nic do zjedzenia; tyczyło się to zwłaszcza chleba. 

Dróg ratunku jest wtedy kilka – najczęściej pada na Stację Benzynową, która, choć otwarta, zabija cenami. A kiedy już znajdziemy się na tej stacji, szukamy chlebopodobnych wytworów, takich jak styropianowe podstawki z ryżu, WASA (recenzja nie zawiera lokowania produktu) oraz właśnie bohater niniejszego tekstu, Mleczne Bułeczki.

 



Naturalnie, powyższa sytuacja jest mocno przerysowana – ktoś wspomniane bułeczki kupić może w podróż, dla dziecka, albo do nocnej posiadówy z grą multiplayer. Nie wiem, czy ktoś je kupuje dla smaku – nie chcę dopuszczać takiej myśli do mojej ciasnej łepetyny. 

Bułeczki powitały mnie w sklepie promocją – zapłaciłem za nie jedynie 6,49, czyli cena jednostkowa jednego wypieku wynosiła 65 groszy; nieźle. W innych sklepach cena bułeczek dochodzi do 8 złotych, i to już jest bolesne, zwłaszcza że tańsze odpowiedniki kosztują ok. 4 złote. 



Ale nie cena się liczy – wszak to jedne z najlepszych sztucznie podtrzymywanych przy życiu wypieków na rynku! 10 bułeczek załadowanych jest do mocnego, przeźroczystego worka, niezbyt szczelnie zadrukowanego napisami wszelakimi. Środków konserwujących trochę jest. Ale nie za dużo! Data krańcowej przydatności do spożycia została ustalona w moim przypadku na 17 czerwca 2013 roku, co każe sugerować, że mamy do czynienia z czymś teoretycznie naturalnym. No właśnie, sugerować. 

Kiedy już dorwiemy się do bułeczki, pochwycimy, przegryziemy, przeżujemy, połkniemy, to... Staje nam przed oczyma te 7 złotych, które mogło pójść na pierogi, dwa piwa albo bananowe kondomy. Co prawda bułeczka pachnie ciastem drożdżowym takim jak od babci®, i tu duży plus, to jednak, gdy zagłębimy się w woń ciasta, poczujemy masło. Takie roztopione na słońcu, prawie że jełczejące , chcące oddzielić jestestwo pleśni od jestestwa masła, i zacząć nowe, lepsze życie na granicy lipidów i estrów glicerolu. 




Co straszy dalej? Gąbczasta struktura rodem z bułek a la McDonald, co prawda o wiele bardziej treściwa, ale to akurat wada – z bułeczek skutecznie da się ulepić figurkę Jezusa Frasobliwego. Zgniecione ciasto smakuje zaś jak ciasto niedopieczone? Może dorasta w naszych żołądkach? 

Smak? Słodki z nutką soli, no i te wszystkie aromaty typu bułka/masło. Smak nie jest ważny w przypadku pokarmu mającego poratować przed nagłym głodem. Są gorsze rzeczy – bułeczka niezbyt właściwie reaguje w kontakcie ze śliną. Robi się wtedy bardzo twarda, niczym kamień. Już dawno nie przełykałem z taką dezaprobatą. Czuć coś syntetycznego, coś mdlącego. Po zjedzeniu trzech bułeczek było mi niedobrze – na szczęście czwarta zadziałała niczym korek od butelki wina, i zatrzymała wybuch małej apokalipsy. 

Mam świadomość, że na rynku istnieją produkty konkurencyjne, ba, nawet kiedyś je jadłem! Ale i tak „Bułeczki” ratuje tylko data zalecanego spożycia, co każe sugerować, że jest to wypiek w miarę naturalny. I za to w niniejszej recenzji produkt ten dostanie oczko więcej, łącznie: 5/10.   



sobota, 19 stycznia 2013

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)
Mrożonki.
cena detaliczna: ok. 4,70 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



W czasach, gdy byłem jeszcze młody, Ojciec zawsze powtarzał mi - "Synu, warzywa nie są pokarmem godnym mężczyzny. Facet powinien jeść mięso, najlepiej własnoręcznie upolowane i oprawione." I faktycznie, przez lata wspólnie polowaliśmy, lecz potem mamuty wyginęły lub wygrały wybory do Sejmu, gdzie zaczął chronić je immunitet. Tata zamienił ich mięso na monotematyczną sałatkę z pomidorów, ja natomiast - pod wpływem pewnej kobiety - sięgnąłem po warzywa na patelnię. W przeciwieństwie do szlachetnego dawcy życia, nie ograniczyłem się jednak do jednego rodzaju "warzyw" i niczym mitologiczny Odyseusz wyruszyłem w długą drogę w poszukiwaniu ideału. Po latach poszukiwań mogę Wam wreszcie z dumą i radością obwieścić - wróciłem do domu - i właśnie, obrazowo mówiąc - niosę swoją idealną, warzywną Penelopę do łożnicy, by skonsumować nasz związek.


Opakowanie jest schludne i estetyczne - aż przyjemnie się na nie patrzy. Nienachalnie porozrzucane warzywa wyglądają niezwykle apetycznie, włączając w to bezczelnego ziemniaka i paprykę, widocznych na pierwszym planie. Co również zasługuje na uwagę - wszelkie informacje podane są tu w czytelny sposób - nie wprowadzając konsumenta w błąd co do zawartości mieszanki. Jak możecie zobaczyć poniżej (grafika pochodzi ze strony producenta, na której przygrywa nam przyjemna muzyczka, pozytywnie nastrajająca do nadchodzącej uczty), w jej skład wchodzą: ziemniaki podsmażone ze skórką (duże kawałki), papryka (drobno posiekana, jak widać na zdjęciu powyżej), cebula (jw.), plasterki cukinii, żółta fasolka szparagowa i kukurydza. Ponadto do zestawu dołączana jest saszetka z ziołami i przyprawami nieznanego pochodzenia (Ojciec Klimuszko nie ma z produktem nic wspólnego, co oczywiście nie pozbawia go mistycznego smaku i charakteru), mająca kluczowe znacznie dla produktu.


Warzywa przyrządza się ekspresowo, choć trwa to zazwyczaj nieco dłużej niż 9 minut wskazane na opakowaniu. Wywalamy je na patelnię skropioną olejem, podgrzewamy i w trakcie procesu smażenia/przypiekania/podgrzewania - wedle uznania - doprawiamy zawartością saszetki. Nie będę Was oszukiwał - zawsze żal było mi ją "marnować" (bom chytry i skąpy), toteż ja wsypuję całość (co nadaje warzywom ostrzejszego, pełniejszego, ale nieco bardziej słonego smaku), lecz znam i takich co nie sypią nawet szczypty.


Po około kwadransie całość jest gotowa i uśmiecha się do nas z talerza, podniecająco szepcząc - "weź mnie, weź mnie!" Zamiast naiwnie spytać - "gdzie?!" - zabieramy się do jedzenia i nasze kubki smakowe dają się pieścić niezwykłemu dziełu hortexiańskich macherów od smaku. Kompozycja pachnie i smakuje bowiem wybornie i naprawdę jest jedną z tych potraw, które zawsze zjadam z najwyższą przyjemnością, celebrując każdą chwilę z nią spędzoną.

Aby zachować pozory obiektywizmu, zapytałem przypadkowego przechodnia, napotkanego pomiędzy kuchnią, a łazienką - nazwijmy go Tomasz - co sądzi o posiłku:

"Połączenie smażonej kukurydzy z potraktowaną w ten sam sposób krojoną papryką, daje zaskakujący efekt smakowy. A co dopiero powiedzieć o trio, gdy towarzyszą im jeszcze ziemniaki? Myślę, że ogórek [sic! - dop Autor] jest dodany trochę na siłę, lecz choć nie psuje smaku, mimo wszystko odstaje poziomem od reszty. Muszę też wspomnieć o cichym bohaterze, którym są przyprawy - bez nich nie byłoby tego widowiska."

Jak widać, choć przypadkowy przechodzień nie odróżnia ogórka od cukinii, nasze opinie są zbieżne. "Warzywa na patelnię z ziołami i papryką" to doskonały produkt, zasługujący na swą (niewygórowaną przecież) cenę. Pomimo małej kaloryczności dostarczają energii na cały dzień, a przy tym rewelacyjnie smakuje. Jak dla mnie, to absolutny hit, toteż otrzymuje on ocenę 9/10.

sobota, 12 stycznia 2013

"Kubusiowe Paróweczki", 225g (ZPM Henryk Kania S.A.)

"Kubusiowe Paróweczki", 225g (ZPM Henryk Kania S.A.)
Wędlina wieprzowo-drobiowa, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 5,30 zł
liczba kalorii: ok. 550 kcal



Gdyby nie Mała Blondynka, która wypatrzyła ten produkt na półce jednego z krakowskich hipermarketów, nigdy nie pomyślałbym, że producenci żywności mogą być, aż tak cyniczni. Powiązanie parówek z Disneyem, nazwanie ich "Kubusiowymi Paróweczkami" i jeszcze umieszczenie na opakowaniu Prosiaczka, to szczyt skurczysyństwa, które przebić może już chyba tylko salami z wizerunkiem Kłapouchego.

Biedny Prosiak - jeszcze nie wie jakie "plany"
ma wobec niego Kubuś.

Wyrób sygnowany jest logiem Mistrza Masarskiego Henryka Kanii, który słynie z produktów wysokiej jakości. Jak informuje skandalizujące, disneyowskie opakowanie, sugerujące, że produkt skierowany jest raczej do najmłodszych "wpieprzaczy" - paróweczki nie zawierają fosforanów, posiadając natomiast łatwo przyswajalny wapń wzmacniający kości i witaminy z grupy B, jak i witaminę E, aczkolwiek nie jestem pewien, czy chciałbym, aby moje pociechy pchały do ryja "Kubusiowe Paróweczki". To nawet brzmi źle.


Paróweczki, pakowane po pięć (dodatkowo otoczone cieniutką folią, którą należy zedrzeć przed konsumpcją), odznaczają się przyzwoitą zawartością mięsa (co bardzo istotne - nieoddzielanego mechanicznie, wiec nie ma tu żadnych ścięgien, chrząstek, etc.), która kształtuje się na poziomie 70% (60% wieprzowego - z wiadomo kogo, 10% indyczego). Dla porównania akurat mam w lodówce kilka wyrobów innych producentów, które zawierają od 32% (Boże, proszę spraw, żeby to był błąd w druku, bo akurat te smakują mi najbardziej) do 93% mięsa nieoddzielanego mechanicznie.



Dobrze, tyle o wyglądzie i składzie, ale jak to w zasadzie smakuje? Nie jestem koneserem parówek, a domowym "parówkowym skrytożercom" nigdy nie powiedziałbym stop, ale ogólnie - nie najgorzej. Bardziej odpowiadały mi na surowo, szczególnie w połączeniu ze świetnym super pikantnym ketchupem z Pudliszek, ale wiadomo, że "z ketchupem" człowiek jest w stanie zjeść nawet klapę od sedesu. Po ugotowaniu parówki pęcznieją niczym Józef Oleksy pogryziony przez szerszenie i o dziwo - przynajmniej mi - smakują nieco gorzej, ale nadal przyzwoicie. Laik, podobnie jak autor niniejszej recenzji, zje bez zachwytu, ani obrzydzenia. Ot, po prostu zwyczajne parówki o nietypowej nazwie i opakowaniu. W sam raz do przyrządzenia tradycyjnego, staropolskiego Mięsnego Jeża. 6/10.

niedziela, 23 grudnia 2012

"Mleczna kanapka", 28g (Ferrero)


"Mleczna kanapka", 28g [sic!] (Ferrero)
Batonik chłodzony.
Cena detaliczna: ok.1,15 zł
Kalorie: 118 kcal


Niedługo nadejdzie czas Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to bez skrępowania będzie można raczyć się pierwszej jakości wypiekami naszych babć, mam i sióstr. Zanim to jednak nastąpi, postanowiłem na prośbę czytelnika uraczyć się wypiekiem fabrycznym: "sznitką", czyli niemiecką, importowaną "Mleczną kanapką".

Produkt zakupiłem w jednej z pruskich sieci handlowych razem ze skrzynką lokalnego piwa. I już ta okoliczność spowodowała, że zauważyłem pierwszy poważny minus. Niosąc skrzynkę do samochodu (swoją drogą to strasznie niebezpieczne, że do punktów sprzedaży alkoholu można przyjechać autem!) przygniotłem ciężarem trzymaną w kieszeni kurtki "sznitkę". Uszkodzenia okazały się drobnę - wgniecenie w obrębie pseudopumpernikla i dający się zatamować wyciek masy mleczno-miodowej. Trwałość nie jest więc mocną stroną batonika. 

Ale czyż konsystencji nie można uznać również za zaletę? Lekkość, miękkość, uczucie rozpływania się w ustach. Tak, właśnie to przykuwa uwagę w czasie konsumpcji. Walory smakowe należy ocenić bardzo pozytywnie, ale wytłumaczenie, jaki konkretnie jest to smak, jest zadaniem więcej niż trudnym. Bo właściwie czym są elementy "kanapki"? Nazwijmy je umownie "chlebem" i "zawartością". "Chleb" stanowi brązowa, zastygła breja przywodząca na myśl filcowe naklejki na meble, "zawartość" to bliżej nieokreślony krem, który gdyby tylko mógł, pomachałby nam przed oczami "papieren" dowodząc, że pochodzi od bawarskiej łaciatej krowy. Jednak ja nawet wtedy miałbym co do tego faktu wątpliwości. Ale, cholera by to, "nie-wiadomo-co" z "nie-wiadomo-czym" smakuje przepysznie, nawet jeśli Niemcy wpakowali tam zmielony garnitur Joschki Fischera.

Żałosna, oklapła -  poznajcie "Mleczną kanapkę"

Czas na analizę szaty graficznej. Kolorami dominującymi  (jak na wszystkim w ofercie Kindera) są biel i czerwień. I to właściwie wszystko, co można napisać, bo to jeden z najbardziej minimalistycznych projektów znajdujących się w dzisiejszych "spożywczakach". Naprawdę, "Mleczna kanapka" wygląda jak towar z etykietą zastępczą. Informacja zostaje nam przekazana prosto i bez zbędnych ceregieli: "das ist eine Milchschnitte und Haende hoch!".

Powiedzmy sobie szczerze - zdrowy chłop tym się nie naje. Kupujcie od razu dwie sztuki. Delektujcie się, bo mało i naprawdę smaczne. Jeśli macie dzieci, młodsze rodzeństwo - kupujcie im całe zgrzewki i podpierniczajcie, gdy odrabiają lekcje. Porządny, niemiecki produkt, który jednak w zalewie pospolitych "Prince-Polo", "Twiksów" i "Snickersów" nie ma szans przebić się do mainstreamu i zapełnić pudełek na drugie śniadanie. Zostanie na marginesie życia w lodówce w waszym osiedlowym sklepie, czy stanie się przekąskową gwiazdą? Wszystko zależy od was!

Jakość: 8/10
Jakość biorąc pod uwagę wagę: 4/10

poniedziałek, 17 grudnia 2012

"Czekokuleczki", 250g (Otmuchow S.A)

"Czekokuleczki", 250g (Otmuchow S.A)
Kuleczki zbożowe o smaku czekoladowym.
cena detaliczna: 2,30 zł
liczba kalorii:
381 kcal

Życie kulinarne każdego normalnego człowieka składa się ze śniadania, obiadu, kolacji i wpieprzania po 22. Dziś zajmę się produktem potrzebnym do przyrządzenia dania z pierwszej kategorii - kuleczkami zbożowymi linii spożywczej "Lewiatan" o wdzięcznej nazwie "Czekokuleczki".

Jestem wiernym konsumentem powyższych niemalże od początku studiów (nie licząc wcześniejszych, niezbyt udanych eksperymentów), szczególnie, że tak jak wszyscy mieszkańcy Krakowa, żyję jakieś pół metra od marketu wspomnianej wcześniej sieci na "l". Czym "Czekokuleczki" przekonały mnie do zakończenia płatkowo-śniadaniowej poligamii? Przede wszystkim ceną, która jest niemal o połowę niższa od podobnych produktów firmy Nestle (wynika to z faktu, że szwajcarski koncern cały niemal zysk przeznacza na uzależnianie głodujących dzieci w Afryce od sztucznego mleka). Jakość lewiatanowskich kuleczek zbożowych jest jednak dużo wyższa od konkurencji znajdującej się na tej samej cenowej półce (faktycznie jest ona położona tak nisko, że opakowanie trzeba wygrzebywać nogą, gdyż wszystko znajduje się poniżej poziomu gruntu). Nie ma porównania z takim na przykład niskobudżetowym "Funio-Polo" kupionym ongiś w "Polo-Markecie". 


W czym przejawia się ta przewaga? Przede wszystkim w smaku. Otóż w tym wypadku nazwa nie kłamie i mamy do czyniena z kuleczkami które w istocie są "czeko". Nasączone esencją rozpuszczają w mleku posmak kakao tworząc tym samym jeden z najlepszych mlecznych napojów w waszym życiu. "Czekokuleczki" smakują tak samo dobrze na miękko (gdy wkładamy do mikrofalówki wlane mleko i kuleczki razem), jak i na twardo. Jedzenie tzw. "na sucho", czyli pchanie tej śniadaniowej ambrozji do jamy gębowej prosto z opakowania jest zwykłym marnotrawstwem i świadczy o niedojrzałości psychicznej delikwenta.

Chwilę należy także poświęcić szacie graficznej opakowania. Jest to dizajnerski majstersztyk, szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę budżetowość produkcji. Brązowy woreczek cieszy oko kolorowym logo, informacjami o rzekomych pozytywnych efektach zdrowotnych wpierniczania "Czekokuleczek" i wizerunkiem zabawnego zwierzątka będącego czymś pomiędzy amerykańską wiewiórką i bobrem (ale akurat tę niejasność można wybaczyć, bo na opakowaniach płatków widziałem już dosłownie wszystkich, łącznie z antropomorficznym śmigłowcem i Robertem Pattinsonem). Całość wygląda bardzo przyjaźnie dla dzieci i powoduje, iż łatwiej jest im wcisnąć kit, że to "Nesquik".

Podsumowując: "Czekokuleczki" mimo debilnej nazwy są świętym Graalem dla poszukiwaczy tanich alternatyw śniadaniowych. Tanie, smaczne, zdrowe - niemal przeczą prawom ekonomii i natury. Może w dobie spadającej jakości parówek warto zastanowić się nad zawierzeniem firmie "Lewiatan" i jedzeniem "Czekokuleczek" każdego poranka, każdego tygodnia, każdego miesiąca. Sam tak robię i każdego dnia czuję się wzbogacony witaminami, żelazem i wapniem. Jakość: 8/10. Cena i jakość: 10/10