Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na obiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na obiad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

MaxiPizza Salami (duża)

MaxiPizza Salami (duża) (www.maxipizza.pl)
cena detaliczna: 26,44 zł. / 24,88 (zamawiając z „ulotką internetową”)
liczba kalorii: przeogromna


Zatrzymajmy się na chwilę nad znaczeniem, jakie wiąże się z zamawianiem i spożywaniem bomby kalorycznej jaką stanowi typowa pizza zamówiona w naszej szerokości geograficznej.

W tym miejscu warto dodać, że nie chodzi tutaj o pizzę zamawianą w trakcie i w ramach imprezy, np. urodzinowej. Nie chodzi tu o sytuację, gdy okoliczności rozgrzeszają taki posiłek - ba! - gdy jest on całkowicie na miejscu. Mowa tu o pizzy w dzień nasz powszedni. We środę, dajmy na to. Zamawianie, gdy nie można znaleźć żadnego uzasadnienia innego niż to, że chce się zjeść pizzę.

W takiej sytuacji nurzamy się w grzechu. Radośnie skaczemy na główkę w głąb ludzkiej słabości. Pizza bowiem, niezależnie od miejsca jej zamówienia, jest z natury swojej niezdrowa, kaloryczna i nieopłacalna (sic!). Być może wśród czytelników znajdują się osobnicy, którzy bez żalu wydają 25 złotych na posiłek wypełniony smakiem i pozbawiony wartości odżywczych. Ja do takich ludzi nie należę.
MaxiUlotka
A jednak wciąż to robię. Zamawiam pizzę. Wiedząc, że robię źle, robię to mimo wszystko, jak śpiewające bandziory w "West Side Story". Wiem doskonale, dlaczego ją zamawiam, wiem, że to nieracjonalne, wiem nawet, jak zdusić w sobie atawistyczne pragnienie tłuszczu, soli i cukrów prostych, których magiczną mieszanką jest pizza. Wiem, że będę żałował, a mimo to – wykręcam numer.

Ostatnio najczęściej po MaxiPizzę.

Pamiętam mój pierwszy raz, pierwszy moment spotkania moich kubków smakowych z ordynarnie fastfoodowo wyglądającym ciastem MaxiPizzy. Była ciemna, styczniowa noc, siedziałem wygłodniały w podziemiach jednego z licznych krakowskich klubów. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach setek wylanych piw i tysięcy młodzieńczych uniesień, wszystkich tych rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę.

Tam, na stole, leżała Ona. Pizza Salami, nr 4, na cieście grubym. Jeszcze ciepła.

Od tamtego czasu, ilekroć o niej opowiadam, używam tego samego sformułowania, które z każdym użyciem staje się coraz mniej dowcipne. MaxiPizza to pizza z kokainą.

W tym miejscu oświadczam wszem i wobec, MaxiPizza, zamawiana na ul. Bratysławskiej w Krakowie jest pizzą moją ulubioną, a jadłem ich wiele.

MaxiPizza nie udaje, że jest czymś innym, niż jest. Każdy pretensjonalny Włoch przewracałby nad nią oczami, kręcił nosem i mówił po włosku. Jest pizzą z wyglądu, składników i smaku w pełni fastfoodową. Staje w swojej zamerykanizowanej prawdzie przed naszymi oczyma i mówi: Oto jestem! Jedz mnie, jeśli zechcesz, ale nie łudź się konsumencie, nie jestem niczym innym ponadto, jak wyglądam! Jestem niezdrowym jedzeniem, jestem jedzeniem, o którym sobie obiecujesz, że nigdy więcej i do którego wracasz raz za razem, niezawodnie. 

I bardzo dobrze, w roli takiego właśnie posiłku spisuje się znakomicie.

Zdjęcie ze strony internetowej, rzeczywista pizza może się od niego różnić
Zamawiajcie koniecznie na grubym cieście - jest miękkie i pyszne. Składniki, nieliczne, rozpływają się w ustach, zalewając kubki smakowe rozpuszczonymi super-trans-nasyconymi tłuszczami. Domyślam się, że składnik, który sprawia, iż tak smakuje, to coś w rodzaju glutaminianu sodu, ale w momencie, gdy trzymasz ją w ustach, nie ma to znaczenia. Chcesz tylko jeść, jeść więcej, tyć, nie ruszać się z kanapy, grać w gry komputerowe i z MaxiPizzą przy boku przegrywać życie. Staczać się w rytmie radosnego przeżuwania.

Bacz jednak na jedno! Czar szybko pryska.

MaxiPizza pozostawiona samej sobie, odłożona na bok, stygnie, schnie, tłuszcz na niej zastyga i się utwardza, słowem – traci cały swój wulgarny urok. Patrzysz na nią i widzisz niezdrowe jedzenie pozbawione magii.

Ale niech żywi nie tracą nadziei! Dzięki największym osiągnięciom współczesnego świata kulinarnego w postaci mikrofalówki w ciągu kilku minut można przywrócić pizzy 75% dawnego aromatu. To wciąż całkiem nieźle.

Zatem, jeśli ktoś chce poczuć się jak niezdrowy prosiak, oto prosta droga. Jedzcie, tyjcie, wzrastajcie w radości obżarstwa. Potem bądźcie dla siebie mili, poklepcie się po brzuszkach, powiedzcie sobie errare humanum est, humani nihil a me alienum puto i obiecajcie sobie, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Daję tylko 8/10 bo bardzo głęboko pragnę wierzyć, że istnieje pizza jeszcze lepsza. I serce mi krwawi, gdy pomyślę o wszystkich tych ludziach w Krakowie, do których MaxiPizza nie jest dowożona.

Smacznego!



P.S.
Konkrety:
Pizza jest dość duża (45 cm.) na grubym, bardzo miękkim, puszystym cieście. Składniki według strony internetowej to: sos pomidorowy łagodny, ser mozarella, salami, oregano. Według mnie to salami i maź pomidorowo-serowa na wierzchu. Wrażenie taniości i niewielkiej ilości składników towarzyszy konsumentowi od pierwszego wejrzenia, ale ze względu na doskonały smak całości można przymknąć na to oko, a nawet oboje oczu. Ogólnie bardzo dobrej jakości pizza natelefonowoimprezowa.

Michał

sobota, 11 stycznia 2014

Zupa ogórkowa, 67g (Amino)

"Zupa ogórkowa", 67g (Amino)
Zupa błyskawiczna, ogórkowa.
cena detaliczna: ok. 1,20 zł.
liczba kalorii: ok. 71 kcal/100 g

Gdybym musiał ustalić status swoich relacji z zupą ogórkową według reguł proponowanych przez Facebooka, to kliknąłbym w "to skomplikowane". Kiedyś była to jedna z moich ulubionych zup, lecz jak sami dobrze wiecie - miłość i nienawiść to dwie strony tej samej monety, toteż po ukończeniu podstawówki, ogórkowa zbrzydła mi jak Najmanowi przemoc i od tej pory konsumuję ją tylko w trzech sytuacjach: a) gdy wracam z pracy i zajęć dodatkowych tak zmęczony, że mógłbym zeżreć nawet dwutygodniową padlinę listonosza dopadniętego przez sforę rottweilerów, b) gdy gotuje ją kobieta, na której mi zależy, a nie chcę sprawić jej przykrości, c) gdy gotuje ją matka kobiety, na której mi zależy. Poza tym - zupie ogórkowej, tak jak parówkowym skrytożercom, staram się mówić stanowcze NIE.

Gdy więc przypadł mi redakcyjny zaszczyt napisania recenzji zupy ogórkowej Amino na życzenie jednego z naszych czytelników - Michała, skrzywiłem się jak ojciec gimnazjalistki na widok plakatu z One Direction. Po chwili stwierdziłem jednak, że miałem ostatnio okazję spożywać zupę ogórkową, toteż moje kubki smakowe będą w stanie dokonać analizy porównawczej "zupy prawdziwej" i "zupy błyskawicznej", a ponadto dysponuję w domu materiałem lubiącym zupę ogórkową - nazwijmy ją Alina. Zakasałem więc rękawy i przystąpiłem do recenzji, czyli subiektywnego spisania wrażeń z konsumpcji.


Po wykonaniu niezbędnych fotografii, podążyłem za instrukcją i rozpocząłem proces konstruowania zupy. Produkt Amino składa się z dwóch części - z części makaronowej i tzw. części zupnej, czyli sproszkowanej zupy właściwej. Makaron to mocno poskręcane nitki, standardowe dla zup błyskawicznych Amino, natomiast proszek to czysta chemia, od którego zdrowsze są nawet gazy bojowe wypuszczane na froncie zachodnim w 1917 r., fluorometylofosfonian izopropylu i powietrze w Krakowie. No dobrze, przesadziłem - nic nie jest bardziej szkodliwe niż powietrze w Krakowie. Zobaczcie zresztą sami na skład bohaterki recenzji: kluski (82%): mąka pszenna, tłuszcz roślinny, skrobia modyfikowana, sól, substancje spulchniające: węglan sodu, węglan potasu; barwnik: beta-karoten, mieszanka smakowa (18%): sól, skrobia, maltodekstryna*, substancje wzmacniające smak i zapach: glutaminian sodu, inozynian disodowy i guanylan disodowy; sok z ogórka kiszonego suszony (6,2%), tłuszcz roślinny, laktoza, przyprawy: czosnek, kurkuma, pieprz, koper; cukier, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; białka mleka, ekstrakt drożdżowy, mąka pszenna, aromaty, sos sojowy suszony (w tym pszenica), szpinak, marchew, ogórek (0,4%) , *otrzymana ze skrobi. Na pewno nikt z Was nie zakrzyknie - "Oooo,  guanylan disodowy! Mniam! Pycha!" 


Dobrze, zalewamy roba..., wybaczcie - to z przyzwyczajenia - zalewamy zupę (czyli makaron i proszek zupny), mieszamy intensywnie, a następnie odstawiamy całość na okres 3-5 minut. W tym czasie można zrobić naprawdę wiele ciekawych rzeczy, np. znaleźć ulubioną książkę, włączyć sobie wczytywanie serialu w Internecie, etc. Potem można już przyjrzeć się samemu produktowi.

O dziwo, po tym okresie makaron nie był za bardzo rozmiękły i zachował "makaronową", całkiem przyjemną w konsumpcji i smaku konsystencję. Ze smakiem samej zupy było już natomiast dużo gorzej. Kilka pierwszych łyżek nawet mi podeszło, ale potem postanowiłem sobie trochę zamieszać (zawsze muszę coś spieprzyć) i smak zrobił się dużo bardziej intensywny a całość... przestała mi podchodzić. Smak wyrobu Amino opiera się bowiem na kwaskowatości i słoności, ale kwas z zupy błyskawicznej słabo imituje kwas z domowej zupy ogórkowej, a soli jest tu jak na mój gust - nieco zbyt dużo. Wiedziałem już wtedy, że nie dojem do końca, więc próbkę produktu podałem obiektowi badawczemu nr 1, czyli wspomnianej Alinie. Alina spróbowała z wahaniem i skomentowała lakonicznie i nieskromnie zarazem: "niezbyt dobra, robię lepszą." I wiecie co? Ma rację.

Zdaję sobie sprawę, że ogórkowy produkt Amino jest tani, kosztuje 1,20 zł i można go uznać za "biedoogórkową", ale obawiam się, że może mocno rozczarować nawet ortodoksyjnych fanów ogórkowej. W mojej prywatnej ocenie produkt zasługuje na  3/10.

PS: Jeśli ktoś nie zgadza się z oceną, zawsze może wnieść uzasadnione odwołanie, wtedy za recenzję weźmie się inny redaktor Wpieprzamy, ewentualnie może wystąpić z polemiką, która - jeśli będzie napisana w akceptowalnym języku polskim* - zostanie u nas opublikowana.

 *toteż "redaktorom" z fanpage'a Uniwersytetu Jagiellońskiego "dziękujemy" już w tym miejscu.

piątek, 25 stycznia 2013

Moja Bretania #3 - "Fasolka po bretońsku", 480g (Carrefour/Mispol)



"Fasolka po bretońsku", 480g (Carrefour/Mispol),
danie gotowe,
cena detaliczna: 4,35 zł
liczba kalorii: 480 kcal






Przy okazji Mojej Bretanii #2 popełniłem pewne konsumenckie wykroczenie, określając między wierszami recenzowaną tam fasolkę mianem "produktu z taniej linii". Okazuje się, że Carrefour stosuje dualistyczny system sygnowanych własnym logiem produktów - obie linie rozdzielają cena, jakość oraz opakowanie, co zobaczyłem i poczułem, jedząc produkt pochodzący z tej prawdziwej, taniej linii - "Fasolkę po bretońsku", tym razem przyrządzoną przez Mispol S.A.



Zwykły słoik oklejony brzydką etykietą, z której z wielkim trudem wyczytać można masę produktu oraz kaloryczność, zwieńczony jest równie pospolitą, czerwoną zakrętką. Powalająco zła etykieta nie przyciąga wzroku, ani nie wyróżnia produktu - o mały włos, przez pomyłkę, sięgnąłbym po gołąbki w sosie pomidorowym; zreflektowałem się dosłownie w ostatniej chwili. 

To, co zaskakuje pozytywnie, i już na samym wstępie, to, uwaga, uwaga - ZAPACH! Całość pachnie (PACHNIE!) jak ciepła, parująca margeritta. Nie przypuszczałem, że w małym słoiczku uda się zawrzeć efemeryczny posmak pizzy. Nasz produkt zaliczył więc mocny początek, już na starcie zachęcając do konsumpcji. 



Kołowy ruch widelcem wokół obwodu miski udowodnił, że producent nie żałował ziaren fasoli - jest jej naprawdę sporo. Spotykamy także drobne kawałki marchewki, rzadziej cebulę, czy jakąś zieleninę, od biedy mianowaną określeniem "przyprawa". To, co boli najbardziej, to mięso - trzeba się natrudzić, by je odnaleźć, choć w słoiczku pływają 3-4 kawałeczki; nie są pokaźne. Jego smak dostarcza równie ambiwalentnych uczuć - oto bowiem chudziutkie  pyszne mięso, nie będące chamskim podrobem kiełbasopodobnym, oplecione jest tzw. tłustym mięsem, czyli czymś na podobieństwo smalcu - skutkiem czego nie do końca wiadomo, czy gryźć, czy łykać opisywane mięso. 

Całość składa się na sos, sos słony, ale bez przesady, sos, w którym czuć paprykę i pomidory (i pizzę), sos gęsty, sos, który (oprócz zapachu) niczym się nie wyróżnia, jest nijaki, trzeba z nim żyć, zaakceptować jego obecność. 



Ziarenka fasoli są miękkie w środku, ale, niestety, łupina je okalająca jest twarda - na długo po konsumpcji musimy ją wypłukiwać i wydłubywać z uzębienia, co nie należy do zajęć przyjemnych, no chyba że chcemy zachować trochę jedzenia na później.

Całość syci, i nawet jest zjadliwa. Fasolka jest zauważalnie lepsza od produktu Dobrowitu (Moja Bretania #1), choć cena - 3,49 złotego, przy znikomej ilości mięsa, jest co najmniej o 50 groszy za wysoka. 



Fasolkę ratuje jednak coś, o czym często zapominamy - stosunkowo mała ilość konserwantów. Dlatego ocena końcowa, to 4/10 - w tej cenie, a nawet taniej, możemy wyrwać smaczniejsze słoiczki, zaś dopłacając 80 groszy możemy kupić carrefourowską fasolkę od Krzętli, nad którą rozpływałem się w poprzedniej Mojej Bretanii.  

Ps. Fasolka, co oczywiste, dostępna jest w sieci sklepów Carrefour. 

środa, 23 stycznia 2013

Moja Bretania #2 - "Fasolka po bretońsku", 480g (Carrefour/Krzętle)


"Fasolka po bretońsku", 480g (Carrefour/Krzętle),
danie gotowe,
cena detaliczna: 4,35 zł
liczba kalorii: 456 kcal







Słoiczek z fasolką zakupiłem z pewną obawą, która każdorazowo towarzyszy mi podczas zakupu towaru na wyłączność dla danego sklepu, ergo, towaru "budżetowego". Po dokonanej konsumpcji wiem jedno - mamy czarnego konia wśród fasolek! 

Ale po kolei. "Fasolka po bretońsku" z sugestywnym logiem Carrefour na etykiecie opakowana jest w prosty słoiczek zwieńczony ciemnobrązową zakrętką, co w połączeniu z maślano-brązową etykietą sprawia przyjemne wizualnie wrażenie. Gdyby nie logo sklepu, można by nawet stwierdzić, że obcujemy z produktem z wyższej półki. Jednak po spojrzeniu na spis treści rychło uświadomimy sobie, czemu jest tak tanio. "E" tam! Nie ma co nad tym długo rozważać (cytując klasyka, lepiej nie wiedzieć, z czego zrobiony jest pasztet). 


Fasolka, po przelaniu jej do testowej miseczki, zaskoczyła neutralnym i stonowanym zapachem. Początkowo wydawało się także, że jest jej całkiem dużo - szybki test pozwolił stwierdzić, że fasolki było niestety za mało. Naprawdę niestety! 

Sama fasolka jest dobrze ugotowana, miękka, nasiona są całkiem duże i zdrowo wyglądające. Nie można mieć żadnych zastrzeżeń. W tangu z każdą fasolką tańczy najważniejszy element każdego gotowego dania - sos. 


Sos w opisywanym produkcje był jednym z trudniejszych do zbadania i opisana - pełen skrajności, zaskakuje na plus jak i na minus. Przy pierwszym kęsie może wydać się bez smaku, choć byłoby to powiedziane zbyt na wyrost, bowiem gdzieś tam w tle anemicznie majaczy posmak pomidora. Kolejny kęs, i znów zwrot o 180 stopni, gdyż pojawił się aromat mięsa i coś na podobieństwo siekanej cebulki (co jednak nie smakowało jak cebulka). Sos zagarnięty pajdą razowego chleba, i znów zaskoczenie - tym razem dały o sobie znać zioła, dodane w szczątkowych ilościach, ale nie będące li tylko nieosiągalną ideą.

Przewrotność sosu spajają dwa elementy - jego lekka pikantność oraz mała ilość soli, co w tego typu produktach należy do rzadkości. A skoro o rzadkości mowa, sos jest "lejny", ale nie ciągnie się, więc tu proporcje są wyważone. Nie jest za to wyważona ilość tłuszczu - ze zdumieniem zauważyłem oleiste oczka, które mieniły się na tafli sosu. Paradoksalnie zwiększona tłustość wzmacnia walory smakowe - sos zdaje się być bardziej "śmietankowy", łagodniejszy, delikatniejszy, czy wreszcie - subtelniejszy. Całość dopełnia aromat mięsa, choć samo mięso, to największa wada naszego produktu. 

Po lekturze składników wiadomo tylko tyle, że mamy do czynienia z posiekaną na drobne (wręcz mikroskopijne) kawałeczki kiełbasą, która, podobnie jak wyżej wskazana cebula, nie ma żadnego smaku. Być może to robota sosu, który wyssał z mięsa całą esencję smaku? Nieodgadnione są sekrety garnka! 



Mięso więc psuje ogólny obraz naszego produktu, podobnie zresztą, jak tablica Mendelejewa na etykiecie, oraz zbyt mała ilość fasolki. 

W istocie - zrobiło mi się przykro i zwyczajnie, po ludzku, smutno, kiedy mój widelec przywitał się z dnem, zaś pogoń za ostatnim, nieokrzesanym ziarenkiem zakończyła się sukcesem. Po zakończonej konsumpcji niespodziewanie wyszła na jaw kolejna zaleta sosu - nie miałem potrzeby przepłukania ust, tudzież wypicia litrów wody. Posmak, który pozostał, był bardzo przyjemny, i z chęcią przejechałbym się z nim tramwajem, albo poszedł do kina.  



Fatalną jakość mięsa oraz małą ilość potrawy można jeszcze przeboleć (nasz produkt kosztuje niewiele ponad 4 złote, i jest to cena, która w zestawieniu z jakością jest wręcz zastanawiająca, by nie powiedzieć, podejrzana), nawykły do teorii spiskowych naród nie powinien się jednak zastanawiać, tkwiąc przed półką z gotowymi daniami, bowiem stosunek ceny do jakości jest bardzo wysoki, i przekłada się na końcową ocenę 7/10. Brawo, Zakład Produkcji Spożywczej Sp. z. o. o., z Krzętli! Kawał smacznej roboty. 

Ps. Fasolka dostępna jest w sieci sklepów Carrefour. 

sobota, 19 stycznia 2013

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)
Mrożonki.
cena detaliczna: ok. 4,70 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



W czasach, gdy byłem jeszcze młody, Ojciec zawsze powtarzał mi - "Synu, warzywa nie są pokarmem godnym mężczyzny. Facet powinien jeść mięso, najlepiej własnoręcznie upolowane i oprawione." I faktycznie, przez lata wspólnie polowaliśmy, lecz potem mamuty wyginęły lub wygrały wybory do Sejmu, gdzie zaczął chronić je immunitet. Tata zamienił ich mięso na monotematyczną sałatkę z pomidorów, ja natomiast - pod wpływem pewnej kobiety - sięgnąłem po warzywa na patelnię. W przeciwieństwie do szlachetnego dawcy życia, nie ograniczyłem się jednak do jednego rodzaju "warzyw" i niczym mitologiczny Odyseusz wyruszyłem w długą drogę w poszukiwaniu ideału. Po latach poszukiwań mogę Wam wreszcie z dumą i radością obwieścić - wróciłem do domu - i właśnie, obrazowo mówiąc - niosę swoją idealną, warzywną Penelopę do łożnicy, by skonsumować nasz związek.


Opakowanie jest schludne i estetyczne - aż przyjemnie się na nie patrzy. Nienachalnie porozrzucane warzywa wyglądają niezwykle apetycznie, włączając w to bezczelnego ziemniaka i paprykę, widocznych na pierwszym planie. Co również zasługuje na uwagę - wszelkie informacje podane są tu w czytelny sposób - nie wprowadzając konsumenta w błąd co do zawartości mieszanki. Jak możecie zobaczyć poniżej (grafika pochodzi ze strony producenta, na której przygrywa nam przyjemna muzyczka, pozytywnie nastrajająca do nadchodzącej uczty), w jej skład wchodzą: ziemniaki podsmażone ze skórką (duże kawałki), papryka (drobno posiekana, jak widać na zdjęciu powyżej), cebula (jw.), plasterki cukinii, żółta fasolka szparagowa i kukurydza. Ponadto do zestawu dołączana jest saszetka z ziołami i przyprawami nieznanego pochodzenia (Ojciec Klimuszko nie ma z produktem nic wspólnego, co oczywiście nie pozbawia go mistycznego smaku i charakteru), mająca kluczowe znacznie dla produktu.


Warzywa przyrządza się ekspresowo, choć trwa to zazwyczaj nieco dłużej niż 9 minut wskazane na opakowaniu. Wywalamy je na patelnię skropioną olejem, podgrzewamy i w trakcie procesu smażenia/przypiekania/podgrzewania - wedle uznania - doprawiamy zawartością saszetki. Nie będę Was oszukiwał - zawsze żal było mi ją "marnować" (bom chytry i skąpy), toteż ja wsypuję całość (co nadaje warzywom ostrzejszego, pełniejszego, ale nieco bardziej słonego smaku), lecz znam i takich co nie sypią nawet szczypty.


Po około kwadransie całość jest gotowa i uśmiecha się do nas z talerza, podniecająco szepcząc - "weź mnie, weź mnie!" Zamiast naiwnie spytać - "gdzie?!" - zabieramy się do jedzenia i nasze kubki smakowe dają się pieścić niezwykłemu dziełu hortexiańskich macherów od smaku. Kompozycja pachnie i smakuje bowiem wybornie i naprawdę jest jedną z tych potraw, które zawsze zjadam z najwyższą przyjemnością, celebrując każdą chwilę z nią spędzoną.

Aby zachować pozory obiektywizmu, zapytałem przypadkowego przechodnia, napotkanego pomiędzy kuchnią, a łazienką - nazwijmy go Tomasz - co sądzi o posiłku:

"Połączenie smażonej kukurydzy z potraktowaną w ten sam sposób krojoną papryką, daje zaskakujący efekt smakowy. A co dopiero powiedzieć o trio, gdy towarzyszą im jeszcze ziemniaki? Myślę, że ogórek [sic! - dop Autor] jest dodany trochę na siłę, lecz choć nie psuje smaku, mimo wszystko odstaje poziomem od reszty. Muszę też wspomnieć o cichym bohaterze, którym są przyprawy - bez nich nie byłoby tego widowiska."

Jak widać, choć przypadkowy przechodzień nie odróżnia ogórka od cukinii, nasze opinie są zbieżne. "Warzywa na patelnię z ziołami i papryką" to doskonały produkt, zasługujący na swą (niewygórowaną przecież) cenę. Pomimo małej kaloryczności dostarczają energii na cały dzień, a przy tym rewelacyjnie smakuje. Jak dla mnie, to absolutny hit, toteż otrzymuje on ocenę 9/10.

wtorek, 8 stycznia 2013

Moja Bretania #1 – "Fasolka po bretońsku z kiełbasą" , 520g (Dobrowit)

"Fasolka po bretońsku z kiełbasą", 520g (Dobrowit),
danie gotowe,
cena detaliczna: 3,99 zł
liczba kalorii: 442 kcal




Kiedy byłem małym chłopcem, zobaczyłem jedną z bajek o kaczorze Donaldzie i Goofym. Dzielny Donald wcielił się w niej w kłusownika, który marzył o zjedzeniu pieczonego pingwina, bowiem przez cały swój pobyt na Antarktydzie żywił się tylko fasolką po bretońsku, a w zasadzie Baked Beans:


Jako, że jestem fanem Reksia i innych socjalistycznych bajek, antypatia kaczora względem fasolki wydała mi się nazbyt wyolbrzymiona oraz teatralna, dlatego już wtedy, jako młody chłopiec, postanowiłem zgłębić tajemnice fasolki... A jako, że nie zgłębiłem nigdy techniki gotowania, mój pierwszy kontakt z tym daniem nastąpił, jakżeby inaczej –  na studiach. Spotkanie z pierwszym słoikiem pełnym fasolki miało wymiar mistyczny. Pomiędzy rzędami chińskich zupek tkwiło ono - gotowe danie do odgrzania w mikrofali - co prawda w cenie trzech zupek chińskich, ale mój żołądek i oczy nie patrzyły wtedy na cenę, co zwykło być określane, jako pierwszy grzech studenta, lecz przejmującą potrzebę taniego, ciepłego posiłku, co uczeni w piśmie określili ongiś jako studencką cnotę... 

W ciemnościach wartość wizualna fasolki wzrasta.

Na szczęście, recenzowana dziś fasolka nie była „tą pierwszą”. Inaczej musiałbym definitywnie przestawić się na gotowe pulpety. Dlaczego?

Powodów jest wiele. Zacznijmy jednak od początku. Ponad półkilogramowy słoiczek oklejony jest gustowną foliową otuliną skutecznie zasłaniającą monotonne wnętrze. Ergonomiczny kształt słoika pozwala pewnie go chwycić, co jest szczególnie cenną zaletą, jeśli w drugiej ręce trzymamy butelkę piwa, czyli standardowy zestaw obiadowy studenta.


Po otwarciu słoika napływa do nas pierwsza fala rozżalenia – fasolka pachnie jak zimne, konserwowane potrawy, przywołując na myśl przesolone mięso w galarecie. Po wylaniu (podkreślmy to słowo – wylaniu) fasolki do miski zaobserwujemy kolejne, niepokojące symptomy – fasolki jest skandalicznie mało. Nie wgłębiajmy się w dalsze szczegóły „surowej” potrawy. Trzy minuty w mikrofalówce albo pięć w rondelku na gazie w zupełności wystarczą, by nasza potrawa zyskała odpowiednią temperaturę.

Wgryzając się w pierwszą fasolkę możemy poczuć jej smak – nie jest przegotowana, ani niedogotowana, skórka okalająca puszyste wnętrze jest może nazbyt twarda, ale niektóry koneserzy uznają tę niedogodność za zaletę. Niestety zaraz za fasolką ciągnie się sos, który jest nienaturalnie gęsty i „ciągnisty” – lista składników zaczynających się od dużej litery „E” w spisie składników zdaje się odpowiadać na pytanie, dlaczego tak jest.

Nie ukrywajmy – fasolkę Dobrowitu niszczy sos. Choć jest on awangardowym wręcz połączeniem smaku słodkiego ze słonym, to jest to połączenie nieumiejętne; jest niczym poziom gramatyki piszącego następujące zdanie – „te fasole wsadze se w nosa, abo tam gdzie może nie siega”.


Ciekawostka – w smaku sosu wyczułem nutkę papryki, jednak w samym sosie omawianej papryki, niestety, nie odnalazłem. Na plus należy uznać pływające w sosie farfocle w postaci ( prawdopodobnie) ziół, co nieco podnosi ocenę końcową.

Na wyższą, niż powinienem dać, ocenę końcową wpływ ma także pływające (a więc dosłownie! - dop. Marcin) między fasolkami mięso, choć w zasadzie określenie „mięso” dla tego, co tam pływa, jest komplementem. Pisząc wprost – mamy do czynienia z trzema grubymi plastrami kiełbasy będącej skrzyżowaniem taniej parówki, taniego pasztetu i whiskasa. Na szczęście kiełbasa jest tak miękka, jak fasolka, toteż gryząc ją nawet nie poczujemy różnicy między warzywem, a mięsem.

W górnej części lewego dolnego rogu pływa sobie
mięso.

Była to jedna z nielicznych fasolek, których nie byłem w stanie dojeść, natomiast była to jedyna fasolka w całym zestawieniu, której (uwaga, skomplikowana intelektualnie konstrukcja!) niedojedzonej części ze zdania sprzed dwóch przecinków nie dojadł inny znajomy student.

Całości nie ratuje nawet cena – 3,99 polskich złotych, to o całą złotówkę za dużo.

Ocena końcowa, to mizerne 3/10, ocena stosunku ceny do jakości jest identyczna. Było nie było, najadłem się, choć jedno piwo nie wystarczyło, by usunąć niemiły słodko-słony smak.


Ps. Fasolka dostępna jest w sieci sklepów Polomarket. 

sobota, 5 stycznia 2013

"Dukaty rybne", 320g (Frosta)



"Dukaty rybne", 320g (Frosta)
Kotleciki rybne
cena detaliczna: ok. 7,50 zł
liczba kalorii: 172 kcal



Kiedy już w lodówce nie ma zbyt wiele, albo po prostu nie chcesz jeść trzeci dzień z rzędu makaronu z sosem, ciekawą opcją jest kopsnięcie się do "Lewiatana" i przegląd tamtejszej zamrażarki. Do wyboru mamy: warzywa na patelnię w różnych wersjach, frytki karbowane i proste, oraz produkty rybne - panierowane. Zwykle kuszę się na zestaw: paluszki rybne + warzywa, ale tym razem zdecydowałem się na frytki marki "Lewiatan" (tak dawno nie jadłem frytek!) i "Dukaty rybne" Frosty (bez ości).

I w tym momencie warto powiedzieć jedną rzecz - nigdy, ale to nigdy nie kupujcie mrożonych paluszków rybnych ani tym podobnych w cenie gumy do żucia. To nie jest zabawa! Tu igra się z własnym życiem i zdrowiem! To jak wysłać cały pluton armii w pułapkę Wietkongu, a potem tłumaczyć się: "Sekretarzu McNamara, może warto było spróbować?" Nie! Nie warto! Nie robi się tego ani własnemu układowi pokarmowemu, ani krajowi.

Produkty Frosty, co innego, trzeba przyznać. Te są drogie i jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłem. Jadłem jednak tylko paluszki w wersji pikantnej i zwykłej. Zawsze smaczne, nawet jeśli tradycyjnie trochę przypalone (a-pogram-chwilę-na-gitarze, skończę-oglądać-ten-filmik-na-youtube, chodź-bo-stoch-skacze). Dla mnie - zupełna nowość. Pudełko nie zaskakuje - stonowane kolory i rysunek zawartości. Otwieram opakowanie (zwróciliście kiedyś uwagę, że opakowania paluszków rybnych mają takie specyficzne otwarcie, którego nie ma nigdzie indziej?), palcem wydłubuję złociste kotleciki w liczbie ośmiu (połowa zawartości). Z zewnątrz wyglądają naprawdę spoko. Nie mam serca ani czasu któregoś z nich przekrajać - zostawmy konsystencję na później.

No, może te nie wyglądają dokładnie tak, jak moje.
Smażą się. Obliczyłem długość przygotowania w relacji do pieczonych frytek. Spóźniłem się minutę. Dukaty przybrały barwę świeżo położonego asfaltu. Nie zrażam się i wszystko ląduje na talerzu. Przywalam funtem frytek. Nadszedł czas na konsumpcję. Powoli rozdziapiam kotlecika na dwie części - są niestety dość małe, więc to wystarczy. Moim oczom ukazuje się widok zaskakujący - w środku dostrzegam szarawą bryndzę z dodatkiem czegoś zielonego, nie wiem, mięty? Chyba dla oszukania kubków smakowych. Wygląda trochę jak pleśń, ale bardziej obrzydliwa. Aby uzyskać jakiś smak ściszam radio - tak bardzo muszę się skupić. Smakuje jak ziemniaki, które zostały wcześniej przeżute przez pangę. Dlatego nie polecam jeść dukatów z ziemniakami - technicznie rzecz biorąc będziecie jeść ziemniaki z ziemniakami.

Dzięki Bogu mam frytki! Dużo frytek!

Nawet nie chodzi o to, jak bardzo jestem zawiedziony jakością "Dukatów rybnych". Ani jak bardzo zawiódł mnie mój ulubiony producent mrożonek. Chodzi o przyszłe pokolenia. Na stronie produktu (Strona o "Dukatach rybnych") ktoś napisał: "Uwielbiane przez dzieciaki!" Super, ale spójrzmy prawdzie w oczy, dzieciom będzie się na talerzu podobało wszystko, co nie jest schabowym ani wątróbką. I wiesz, droga Frosto, co z tego wyniknie za kilkanaście lat. Ludzie nie będą wiedzieć, jak smakuje prawdziwa ryba. Nie będziecie musieli pisać "bez ości", bo nikt nie będzie pamiętał, czym były ości. Jeśli ludzie za "produkt rybny" będą uważali puree z popeliny, to gdzie znajdziemy się jako cywilizacja? 

4/10, ale tylko dlatego, że brzuch mnie rozbolał dopiero po godzinie.