Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na kolację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na kolację. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

Bagieta czosnkowa ("Biedronka", "Lidl")

Bagieta czosnkowa ("Biedronka", "Lidl")
cena: 2,60 zł
liczba kalorii: dnk

Doszły mnie niedawno słuchy o zjawisku spożywczym, jakim jest bagieta czosnkowej. Jest to produkt występujący w sklepach samoobsługowych takich jak "Biedronka", "Lidl" czy jakieś inne, francuskie. Jak głosi opis strony fanów produktu biedronkowego na facebooku (87 tysięcy lajków!) jest to "wyjątkowe połączenie niezwykłego smaku i korzystnej ceny." Zachęcony emocjami opowiadającej o bagiecie znajomej Tajemniczej Wielbicielki Wyrobów Pszennych (specjalistka ds. produktów głęboko mrożonych), której opowieść stanie się kanwą niniejszego tekstu, postanowiłem sprawdzić, jak wiele jest w entuzjastycznych opiniach prawdy. Opiszę więc bagietę ogólnie i porównam tę z "Biedronki" z bagietą z "Lidla".

Niezależnie od wybranego sklepu bardzo ważny dla późniejszej konsumpcji jest moment wyboru konkretnego modelu. "Ważne, żeby była dobrze wypieczona. Idealnie złocista!" - nakazuje Tajemnicza Wielbicielka. Bagietki leżą już wcześniej pokrojone (tzn. cząstki zwisają na skórce). Właściwie nie wiadomo po co, bo można jeść na raz, przekrajając całość. Jeśli jednak ktoś chce zabłysnąć przygotowując rodzinne śniadanie (nie, żeby dawali za to nagrody), to może położyć na talerzyku i każdy weźmie sobie kulturalnie po cząstce i naładuje na to kawioru. Bądźmy jednak poważni.
Bagieta wystająca z plecaka oznaką dekadencji.


Każdy z kawałeczków jest dwustronnie posmarowany (TWWP używa nawet trafnego sformułowania "nasączony") jakimś rodzajem masełka czosnkowego (tu mała dygresja: kiedyś takie masełko w osełce można było łatwo znaleźć i zakupić, dziś jesteśmy raczej zdani na domową produkcję). Dzięki temu miąższ bułeczki jest dużo bardziej miękki niż zwykle. Widać tam takie ciemne paprochy - można dać się przekonać, że istotnie miało to jakiś kontakt z czosnkiem. 

Jeśli chodzi o zapach, ach! "Aromat polskiego, świeżego pieczywa!" - przeżywa Wielbicielka. Może jest to przesadą, bo to zwykłe mrożone pieczywo z supermarketu, tylko dość pomysłowo przygotowane, co odejmuje nam sporo roboty. Ale faktycznie - aromat jest najwyższych lotów! Smaki opiszę poniżej, gdzie porównam "Biedrę" z "Lidlem".

Minusem produktu jest niestety jego cena. "Ale lepiej sobie odjąć od ust inne delikatesy!" - wykazuje poświęcenie Specjalistka. 2,60 zł za kawałek białego pieczywa (cena jest taka sama w obu marketach) może niektórych zszokować, ale jakość w tym wypadku skutecznie ociera łzy. Spoglądamy w pusty portfel, jednak myślimy z uśmiechem: "com się najadł czosnkowego, to moje!".
Kolejno: "Biedronka" i "Lidl". #shittyfoodporn

Istnieje też wersja głęboko mrożona (może raczej: nie rozmrożona). Ma tę zaletę, że buduje nasze poczucie własnej wartości, gdyż czujemy, iż to my przygotowaliśmy posiłek. Tak naprawdę tylko włączyliśmy piekarnik, ale nasze ego czuje się, jakby właśnie skończyło Harvard. Jednakże warto choć raz wypróbować ten sposób, bo dostarcza on wrażeń zapachowych przed zjedzeniem. Aromat roznosi się po całym domu. Nic, tylko nasypać mąki po podłodze i bawić się w piekarnię!

A czym różni się bagieta z "Biedronki" od tej z "Lidla"? Są one naprawdę bardzo podobne. Smak drugiej jest jakby bardziej intensywny (to pewnie zasługa większej ilości masełka), lecz wcale nie działa to na jej korzyść. W ogóle ciężko rozmawiać o smaku, każdy ma pewne pojęcie, jaki on może być. Wchodzą w grę odczucia nieopisane: delikatność, rozpływanie się w ustach. Trafiło mi się, że ta z "Lidla" była także bardziej blada. Dlatego dostaje 7-8/10. Za to ta z "Biedronki" 8-9/10. Skąd widełki? Bo wiele zależy od tego, co się akurat trafi! Smacznego!

P.S. Bagietę co najwyżej smarujemy masłem, żeby nie straciła smaku!

Serdeczne podziękowania dla Tajemniczej Wielbicielki Wyrobów Pszennych (specjalistki ds. produktów głęboko mrożonych)! Proszę sobie wyobrazić, że kocha ona pieczywo tak bardzo, iż jest stałą bywalczynią forum pracowników "Biedronki", gdzie dowiaduje się o godzinach dostaw i warunkach pracy załogi! 

niedziela, 26 stycznia 2014

MaxiPizza Salami (duża)

MaxiPizza Salami (duża) (www.maxipizza.pl)
cena detaliczna: 26,44 zł. / 24,88 (zamawiając z „ulotką internetową”)
liczba kalorii: przeogromna


Zatrzymajmy się na chwilę nad znaczeniem, jakie wiąże się z zamawianiem i spożywaniem bomby kalorycznej jaką stanowi typowa pizza zamówiona w naszej szerokości geograficznej.

W tym miejscu warto dodać, że nie chodzi tutaj o pizzę zamawianą w trakcie i w ramach imprezy, np. urodzinowej. Nie chodzi tu o sytuację, gdy okoliczności rozgrzeszają taki posiłek - ba! - gdy jest on całkowicie na miejscu. Mowa tu o pizzy w dzień nasz powszedni. We środę, dajmy na to. Zamawianie, gdy nie można znaleźć żadnego uzasadnienia innego niż to, że chce się zjeść pizzę.

W takiej sytuacji nurzamy się w grzechu. Radośnie skaczemy na główkę w głąb ludzkiej słabości. Pizza bowiem, niezależnie od miejsca jej zamówienia, jest z natury swojej niezdrowa, kaloryczna i nieopłacalna (sic!). Być może wśród czytelników znajdują się osobnicy, którzy bez żalu wydają 25 złotych na posiłek wypełniony smakiem i pozbawiony wartości odżywczych. Ja do takich ludzi nie należę.
MaxiUlotka
A jednak wciąż to robię. Zamawiam pizzę. Wiedząc, że robię źle, robię to mimo wszystko, jak śpiewające bandziory w "West Side Story". Wiem doskonale, dlaczego ją zamawiam, wiem, że to nieracjonalne, wiem nawet, jak zdusić w sobie atawistyczne pragnienie tłuszczu, soli i cukrów prostych, których magiczną mieszanką jest pizza. Wiem, że będę żałował, a mimo to – wykręcam numer.

Ostatnio najczęściej po MaxiPizzę.

Pamiętam mój pierwszy raz, pierwszy moment spotkania moich kubków smakowych z ordynarnie fastfoodowo wyglądającym ciastem MaxiPizzy. Była ciemna, styczniowa noc, siedziałem wygłodniały w podziemiach jednego z licznych krakowskich klubów. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach setek wylanych piw i tysięcy młodzieńczych uniesień, wszystkich tych rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę.

Tam, na stole, leżała Ona. Pizza Salami, nr 4, na cieście grubym. Jeszcze ciepła.

Od tamtego czasu, ilekroć o niej opowiadam, używam tego samego sformułowania, które z każdym użyciem staje się coraz mniej dowcipne. MaxiPizza to pizza z kokainą.

W tym miejscu oświadczam wszem i wobec, MaxiPizza, zamawiana na ul. Bratysławskiej w Krakowie jest pizzą moją ulubioną, a jadłem ich wiele.

MaxiPizza nie udaje, że jest czymś innym, niż jest. Każdy pretensjonalny Włoch przewracałby nad nią oczami, kręcił nosem i mówił po włosku. Jest pizzą z wyglądu, składników i smaku w pełni fastfoodową. Staje w swojej zamerykanizowanej prawdzie przed naszymi oczyma i mówi: Oto jestem! Jedz mnie, jeśli zechcesz, ale nie łudź się konsumencie, nie jestem niczym innym ponadto, jak wyglądam! Jestem niezdrowym jedzeniem, jestem jedzeniem, o którym sobie obiecujesz, że nigdy więcej i do którego wracasz raz za razem, niezawodnie. 

I bardzo dobrze, w roli takiego właśnie posiłku spisuje się znakomicie.

Zdjęcie ze strony internetowej, rzeczywista pizza może się od niego różnić
Zamawiajcie koniecznie na grubym cieście - jest miękkie i pyszne. Składniki, nieliczne, rozpływają się w ustach, zalewając kubki smakowe rozpuszczonymi super-trans-nasyconymi tłuszczami. Domyślam się, że składnik, który sprawia, iż tak smakuje, to coś w rodzaju glutaminianu sodu, ale w momencie, gdy trzymasz ją w ustach, nie ma to znaczenia. Chcesz tylko jeść, jeść więcej, tyć, nie ruszać się z kanapy, grać w gry komputerowe i z MaxiPizzą przy boku przegrywać życie. Staczać się w rytmie radosnego przeżuwania.

Bacz jednak na jedno! Czar szybko pryska.

MaxiPizza pozostawiona samej sobie, odłożona na bok, stygnie, schnie, tłuszcz na niej zastyga i się utwardza, słowem – traci cały swój wulgarny urok. Patrzysz na nią i widzisz niezdrowe jedzenie pozbawione magii.

Ale niech żywi nie tracą nadziei! Dzięki największym osiągnięciom współczesnego świata kulinarnego w postaci mikrofalówki w ciągu kilku minut można przywrócić pizzy 75% dawnego aromatu. To wciąż całkiem nieźle.

Zatem, jeśli ktoś chce poczuć się jak niezdrowy prosiak, oto prosta droga. Jedzcie, tyjcie, wzrastajcie w radości obżarstwa. Potem bądźcie dla siebie mili, poklepcie się po brzuszkach, powiedzcie sobie errare humanum est, humani nihil a me alienum puto i obiecajcie sobie, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Daję tylko 8/10 bo bardzo głęboko pragnę wierzyć, że istnieje pizza jeszcze lepsza. I serce mi krwawi, gdy pomyślę o wszystkich tych ludziach w Krakowie, do których MaxiPizza nie jest dowożona.

Smacznego!



P.S.
Konkrety:
Pizza jest dość duża (45 cm.) na grubym, bardzo miękkim, puszystym cieście. Składniki według strony internetowej to: sos pomidorowy łagodny, ser mozarella, salami, oregano. Według mnie to salami i maź pomidorowo-serowa na wierzchu. Wrażenie taniości i niewielkiej ilości składników towarzyszy konsumentowi od pierwszego wejrzenia, ale ze względu na doskonały smak całości można przymknąć na to oko, a nawet oboje oczu. Ogólnie bardzo dobrej jakości pizza natelefonowoimprezowa.

Michał

sobota, 11 stycznia 2014

Zupa ogórkowa, 67g (Amino)

"Zupa ogórkowa", 67g (Amino)
Zupa błyskawiczna, ogórkowa.
cena detaliczna: ok. 1,20 zł.
liczba kalorii: ok. 71 kcal/100 g

Gdybym musiał ustalić status swoich relacji z zupą ogórkową według reguł proponowanych przez Facebooka, to kliknąłbym w "to skomplikowane". Kiedyś była to jedna z moich ulubionych zup, lecz jak sami dobrze wiecie - miłość i nienawiść to dwie strony tej samej monety, toteż po ukończeniu podstawówki, ogórkowa zbrzydła mi jak Najmanowi przemoc i od tej pory konsumuję ją tylko w trzech sytuacjach: a) gdy wracam z pracy i zajęć dodatkowych tak zmęczony, że mógłbym zeżreć nawet dwutygodniową padlinę listonosza dopadniętego przez sforę rottweilerów, b) gdy gotuje ją kobieta, na której mi zależy, a nie chcę sprawić jej przykrości, c) gdy gotuje ją matka kobiety, na której mi zależy. Poza tym - zupie ogórkowej, tak jak parówkowym skrytożercom, staram się mówić stanowcze NIE.

Gdy więc przypadł mi redakcyjny zaszczyt napisania recenzji zupy ogórkowej Amino na życzenie jednego z naszych czytelników - Michała, skrzywiłem się jak ojciec gimnazjalistki na widok plakatu z One Direction. Po chwili stwierdziłem jednak, że miałem ostatnio okazję spożywać zupę ogórkową, toteż moje kubki smakowe będą w stanie dokonać analizy porównawczej "zupy prawdziwej" i "zupy błyskawicznej", a ponadto dysponuję w domu materiałem lubiącym zupę ogórkową - nazwijmy ją Alina. Zakasałem więc rękawy i przystąpiłem do recenzji, czyli subiektywnego spisania wrażeń z konsumpcji.


Po wykonaniu niezbędnych fotografii, podążyłem za instrukcją i rozpocząłem proces konstruowania zupy. Produkt Amino składa się z dwóch części - z części makaronowej i tzw. części zupnej, czyli sproszkowanej zupy właściwej. Makaron to mocno poskręcane nitki, standardowe dla zup błyskawicznych Amino, natomiast proszek to czysta chemia, od którego zdrowsze są nawet gazy bojowe wypuszczane na froncie zachodnim w 1917 r., fluorometylofosfonian izopropylu i powietrze w Krakowie. No dobrze, przesadziłem - nic nie jest bardziej szkodliwe niż powietrze w Krakowie. Zobaczcie zresztą sami na skład bohaterki recenzji: kluski (82%): mąka pszenna, tłuszcz roślinny, skrobia modyfikowana, sól, substancje spulchniające: węglan sodu, węglan potasu; barwnik: beta-karoten, mieszanka smakowa (18%): sól, skrobia, maltodekstryna*, substancje wzmacniające smak i zapach: glutaminian sodu, inozynian disodowy i guanylan disodowy; sok z ogórka kiszonego suszony (6,2%), tłuszcz roślinny, laktoza, przyprawy: czosnek, kurkuma, pieprz, koper; cukier, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; białka mleka, ekstrakt drożdżowy, mąka pszenna, aromaty, sos sojowy suszony (w tym pszenica), szpinak, marchew, ogórek (0,4%) , *otrzymana ze skrobi. Na pewno nikt z Was nie zakrzyknie - "Oooo,  guanylan disodowy! Mniam! Pycha!" 


Dobrze, zalewamy roba..., wybaczcie - to z przyzwyczajenia - zalewamy zupę (czyli makaron i proszek zupny), mieszamy intensywnie, a następnie odstawiamy całość na okres 3-5 minut. W tym czasie można zrobić naprawdę wiele ciekawych rzeczy, np. znaleźć ulubioną książkę, włączyć sobie wczytywanie serialu w Internecie, etc. Potem można już przyjrzeć się samemu produktowi.

O dziwo, po tym okresie makaron nie był za bardzo rozmiękły i zachował "makaronową", całkiem przyjemną w konsumpcji i smaku konsystencję. Ze smakiem samej zupy było już natomiast dużo gorzej. Kilka pierwszych łyżek nawet mi podeszło, ale potem postanowiłem sobie trochę zamieszać (zawsze muszę coś spieprzyć) i smak zrobił się dużo bardziej intensywny a całość... przestała mi podchodzić. Smak wyrobu Amino opiera się bowiem na kwaskowatości i słoności, ale kwas z zupy błyskawicznej słabo imituje kwas z domowej zupy ogórkowej, a soli jest tu jak na mój gust - nieco zbyt dużo. Wiedziałem już wtedy, że nie dojem do końca, więc próbkę produktu podałem obiektowi badawczemu nr 1, czyli wspomnianej Alinie. Alina spróbowała z wahaniem i skomentowała lakonicznie i nieskromnie zarazem: "niezbyt dobra, robię lepszą." I wiecie co? Ma rację.

Zdaję sobie sprawę, że ogórkowy produkt Amino jest tani, kosztuje 1,20 zł i można go uznać za "biedoogórkową", ale obawiam się, że może mocno rozczarować nawet ortodoksyjnych fanów ogórkowej. W mojej prywatnej ocenie produkt zasługuje na  3/10.

PS: Jeśli ktoś nie zgadza się z oceną, zawsze może wnieść uzasadnione odwołanie, wtedy za recenzję weźmie się inny redaktor Wpieprzamy, ewentualnie może wystąpić z polemiką, która - jeśli będzie napisana w akceptowalnym języku polskim* - zostanie u nas opublikowana.

 *toteż "redaktorom" z fanpage'a Uniwersytetu Jagiellońskiego "dziękujemy" już w tym miejscu.

niedziela, 14 lipca 2013

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)
Kiełbasa drobiowo-wieprzowa, drobno rozdrobniona, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 2,79 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



Jak mówi mądre powiedzenie - "Trzecią wojnę światową przeżyją tylko karaluchy, szczury i parówki." Możesz się teraz zastanawiać drogi czytelniku: "Szczury, karaluchy, pracownicy Katedry Prawa Cywilnego WPiA UJ - rozumiem - ale dlaczego na wszystkich bogów - parówki?!" Otóż z co najmniej trzech powodów: 1) łatwości przygotowania, 2) walorów smaków, 3) walorów energetycznych. Parówki można zrobić z wszystkiego (nawet z bohaterów Disneya), zawsze mają choćby przyzwoity smak i dostarczają odpowiednio dużo energii, by przetrwać tak w naszym świecie, jak i postapokaliptycznym piekle, w którym o każdy kawałek ziemi, należy walczyć z popromiennymi potworami (z ww. Katedry).


Zabrzmi to wzruszająco, ale parówki owe podarował mi brat ze słowami: "Kupiłem ci parówki z chili, żebyś mógł zrecenzować je na Wpieprzamy." Spełniło się zatem marzenie redakcji niniejszego bloga, by otrzymywać darmowe jedzenie od licznych, hojnych donatorów. Przez jakiś czas produkt ów leżał w lodówce, aż przyszedł dzisiejszy niedzielny poranek i zainspirowana telewizyjną debatą o uboju rytualnym, wielka chęć wrzucenia na talerz kawałka martwego zwierzaka. Opakowanie od samego początku nie bardzo mi się spodobało - żółć i czerwień, to nie są moje ulubione barwy, wolałem wcześniejszą, niebieską kolorystykę wyrobów Indykpola. Ale to detal, zjada się w końcu zawartość tegoż opakowania. Można się za to z niego jeszcze dowiedzieć, że produkt składa się w 46% z mięsa indyczego, w 7% z kurczaka, a w 16% z mięsa wieprzowego. Nieźle.


By zbadać jak owe parówki smakują, przeprowadziłem Parówkowy Test Wpieprzamy (wszelkie prawa zastrzeżone) polegający na skonsumowaniu parówki w trzech trybach: 1) na surowo, 2) po ugotowaniu w sposób wskazany na opakowaniu, 3) po wrzuceniu do mikrofalówki na dwie minuty (440W)
.
Posiłek o wdzięku PRLowskiego kierowcy PKSu.
Na surowo produkt smakuje mocno przeciętnie, w połowie konsumpcji nawet nieco mnie zemdliło (może z powodu wczorajszej imprezy), dlatego nie mogę ocenić go zbyt wysoko. 4/10 to absolutnie maksymalna nota, przykro mi Indyczku. Po ugotowaniu jest o dziwo dużo lepiej, aromat chilli jest wyraźnie odczuwalny, ale nienachalny i łatwy do zabicia ketchupem lub majonezem. Wypada dać owym parówkom notę wyższą, to jest 6/10. Prawdziwą moc, parówki pokazują jednak po wsadzeniu do mikrofali, robią się wtedy naprawdę dobre, także wtedy, gdy przesadzimy, doprowadzając do pęknięcia skórki. Nota wędruje więc do góry o jeden stopień, docierając do oceny 7/10, co jak na parówki jest całkiem niezłym wynikiem.
Rekomenduję, przyrządzać je właśnie w ten sposób.

czwartek, 23 maja 2013

"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)


"Mleczne Bułeczki", 400g, (Dan Cake)
cena detaliczna: 6,49 - 8 zł (co sklep to inny obyczaj),
liczba kalorii: nie podano (!)



Myślę, że każdy z nas doświadczył swego rodzaju „przebudzenia z ręką w nocniku”, tj sytuacji, kiedy uświadomił sobie, że jest dzień świąteczny/głęboka noc/odludzie, a on nie ma nic do zjedzenia; tyczyło się to zwłaszcza chleba. 

Dróg ratunku jest wtedy kilka – najczęściej pada na Stację Benzynową, która, choć otwarta, zabija cenami. A kiedy już znajdziemy się na tej stacji, szukamy chlebopodobnych wytworów, takich jak styropianowe podstawki z ryżu, WASA (recenzja nie zawiera lokowania produktu) oraz właśnie bohater niniejszego tekstu, Mleczne Bułeczki.

 



Naturalnie, powyższa sytuacja jest mocno przerysowana – ktoś wspomniane bułeczki kupić może w podróż, dla dziecka, albo do nocnej posiadówy z grą multiplayer. Nie wiem, czy ktoś je kupuje dla smaku – nie chcę dopuszczać takiej myśli do mojej ciasnej łepetyny. 

Bułeczki powitały mnie w sklepie promocją – zapłaciłem za nie jedynie 6,49, czyli cena jednostkowa jednego wypieku wynosiła 65 groszy; nieźle. W innych sklepach cena bułeczek dochodzi do 8 złotych, i to już jest bolesne, zwłaszcza że tańsze odpowiedniki kosztują ok. 4 złote. 



Ale nie cena się liczy – wszak to jedne z najlepszych sztucznie podtrzymywanych przy życiu wypieków na rynku! 10 bułeczek załadowanych jest do mocnego, przeźroczystego worka, niezbyt szczelnie zadrukowanego napisami wszelakimi. Środków konserwujących trochę jest. Ale nie za dużo! Data krańcowej przydatności do spożycia została ustalona w moim przypadku na 17 czerwca 2013 roku, co każe sugerować, że mamy do czynienia z czymś teoretycznie naturalnym. No właśnie, sugerować. 

Kiedy już dorwiemy się do bułeczki, pochwycimy, przegryziemy, przeżujemy, połkniemy, to... Staje nam przed oczyma te 7 złotych, które mogło pójść na pierogi, dwa piwa albo bananowe kondomy. Co prawda bułeczka pachnie ciastem drożdżowym takim jak od babci®, i tu duży plus, to jednak, gdy zagłębimy się w woń ciasta, poczujemy masło. Takie roztopione na słońcu, prawie że jełczejące , chcące oddzielić jestestwo pleśni od jestestwa masła, i zacząć nowe, lepsze życie na granicy lipidów i estrów glicerolu. 




Co straszy dalej? Gąbczasta struktura rodem z bułek a la McDonald, co prawda o wiele bardziej treściwa, ale to akurat wada – z bułeczek skutecznie da się ulepić figurkę Jezusa Frasobliwego. Zgniecione ciasto smakuje zaś jak ciasto niedopieczone? Może dorasta w naszych żołądkach? 

Smak? Słodki z nutką soli, no i te wszystkie aromaty typu bułka/masło. Smak nie jest ważny w przypadku pokarmu mającego poratować przed nagłym głodem. Są gorsze rzeczy – bułeczka niezbyt właściwie reaguje w kontakcie ze śliną. Robi się wtedy bardzo twarda, niczym kamień. Już dawno nie przełykałem z taką dezaprobatą. Czuć coś syntetycznego, coś mdlącego. Po zjedzeniu trzech bułeczek było mi niedobrze – na szczęście czwarta zadziałała niczym korek od butelki wina, i zatrzymała wybuch małej apokalipsy. 

Mam świadomość, że na rynku istnieją produkty konkurencyjne, ba, nawet kiedyś je jadłem! Ale i tak „Bułeczki” ratuje tylko data zalecanego spożycia, co każe sugerować, że jest to wypiek w miarę naturalny. I za to w niniejszej recenzji produkt ten dostanie oczko więcej, łącznie: 5/10.   



sobota, 19 stycznia 2013

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)

"Warzywa na patelnię z ziołami i papryką", 450g (Hortex)
Mrożonki.
cena detaliczna: ok. 4,70 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



W czasach, gdy byłem jeszcze młody, Ojciec zawsze powtarzał mi - "Synu, warzywa nie są pokarmem godnym mężczyzny. Facet powinien jeść mięso, najlepiej własnoręcznie upolowane i oprawione." I faktycznie, przez lata wspólnie polowaliśmy, lecz potem mamuty wyginęły lub wygrały wybory do Sejmu, gdzie zaczął chronić je immunitet. Tata zamienił ich mięso na monotematyczną sałatkę z pomidorów, ja natomiast - pod wpływem pewnej kobiety - sięgnąłem po warzywa na patelnię. W przeciwieństwie do szlachetnego dawcy życia, nie ograniczyłem się jednak do jednego rodzaju "warzyw" i niczym mitologiczny Odyseusz wyruszyłem w długą drogę w poszukiwaniu ideału. Po latach poszukiwań mogę Wam wreszcie z dumą i radością obwieścić - wróciłem do domu - i właśnie, obrazowo mówiąc - niosę swoją idealną, warzywną Penelopę do łożnicy, by skonsumować nasz związek.


Opakowanie jest schludne i estetyczne - aż przyjemnie się na nie patrzy. Nienachalnie porozrzucane warzywa wyglądają niezwykle apetycznie, włączając w to bezczelnego ziemniaka i paprykę, widocznych na pierwszym planie. Co również zasługuje na uwagę - wszelkie informacje podane są tu w czytelny sposób - nie wprowadzając konsumenta w błąd co do zawartości mieszanki. Jak możecie zobaczyć poniżej (grafika pochodzi ze strony producenta, na której przygrywa nam przyjemna muzyczka, pozytywnie nastrajająca do nadchodzącej uczty), w jej skład wchodzą: ziemniaki podsmażone ze skórką (duże kawałki), papryka (drobno posiekana, jak widać na zdjęciu powyżej), cebula (jw.), plasterki cukinii, żółta fasolka szparagowa i kukurydza. Ponadto do zestawu dołączana jest saszetka z ziołami i przyprawami nieznanego pochodzenia (Ojciec Klimuszko nie ma z produktem nic wspólnego, co oczywiście nie pozbawia go mistycznego smaku i charakteru), mająca kluczowe znacznie dla produktu.


Warzywa przyrządza się ekspresowo, choć trwa to zazwyczaj nieco dłużej niż 9 minut wskazane na opakowaniu. Wywalamy je na patelnię skropioną olejem, podgrzewamy i w trakcie procesu smażenia/przypiekania/podgrzewania - wedle uznania - doprawiamy zawartością saszetki. Nie będę Was oszukiwał - zawsze żal było mi ją "marnować" (bom chytry i skąpy), toteż ja wsypuję całość (co nadaje warzywom ostrzejszego, pełniejszego, ale nieco bardziej słonego smaku), lecz znam i takich co nie sypią nawet szczypty.


Po około kwadransie całość jest gotowa i uśmiecha się do nas z talerza, podniecająco szepcząc - "weź mnie, weź mnie!" Zamiast naiwnie spytać - "gdzie?!" - zabieramy się do jedzenia i nasze kubki smakowe dają się pieścić niezwykłemu dziełu hortexiańskich macherów od smaku. Kompozycja pachnie i smakuje bowiem wybornie i naprawdę jest jedną z tych potraw, które zawsze zjadam z najwyższą przyjemnością, celebrując każdą chwilę z nią spędzoną.

Aby zachować pozory obiektywizmu, zapytałem przypadkowego przechodnia, napotkanego pomiędzy kuchnią, a łazienką - nazwijmy go Tomasz - co sądzi o posiłku:

"Połączenie smażonej kukurydzy z potraktowaną w ten sam sposób krojoną papryką, daje zaskakujący efekt smakowy. A co dopiero powiedzieć o trio, gdy towarzyszą im jeszcze ziemniaki? Myślę, że ogórek [sic! - dop Autor] jest dodany trochę na siłę, lecz choć nie psuje smaku, mimo wszystko odstaje poziomem od reszty. Muszę też wspomnieć o cichym bohaterze, którym są przyprawy - bez nich nie byłoby tego widowiska."

Jak widać, choć przypadkowy przechodzień nie odróżnia ogórka od cukinii, nasze opinie są zbieżne. "Warzywa na patelnię z ziołami i papryką" to doskonały produkt, zasługujący na swą (niewygórowaną przecież) cenę. Pomimo małej kaloryczności dostarczają energii na cały dzień, a przy tym rewelacyjnie smakuje. Jak dla mnie, to absolutny hit, toteż otrzymuje on ocenę 9/10.

sobota, 12 stycznia 2013

"Kubusiowe Paróweczki", 225g (ZPM Henryk Kania S.A.)

"Kubusiowe Paróweczki", 225g (ZPM Henryk Kania S.A.)
Wędlina wieprzowo-drobiowa, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 5,30 zł
liczba kalorii: ok. 550 kcal



Gdyby nie Mała Blondynka, która wypatrzyła ten produkt na półce jednego z krakowskich hipermarketów, nigdy nie pomyślałbym, że producenci żywności mogą być, aż tak cyniczni. Powiązanie parówek z Disneyem, nazwanie ich "Kubusiowymi Paróweczkami" i jeszcze umieszczenie na opakowaniu Prosiaczka, to szczyt skurczysyństwa, które przebić może już chyba tylko salami z wizerunkiem Kłapouchego.

Biedny Prosiak - jeszcze nie wie jakie "plany"
ma wobec niego Kubuś.

Wyrób sygnowany jest logiem Mistrza Masarskiego Henryka Kanii, który słynie z produktów wysokiej jakości. Jak informuje skandalizujące, disneyowskie opakowanie, sugerujące, że produkt skierowany jest raczej do najmłodszych "wpieprzaczy" - paróweczki nie zawierają fosforanów, posiadając natomiast łatwo przyswajalny wapń wzmacniający kości i witaminy z grupy B, jak i witaminę E, aczkolwiek nie jestem pewien, czy chciałbym, aby moje pociechy pchały do ryja "Kubusiowe Paróweczki". To nawet brzmi źle.


Paróweczki, pakowane po pięć (dodatkowo otoczone cieniutką folią, którą należy zedrzeć przed konsumpcją), odznaczają się przyzwoitą zawartością mięsa (co bardzo istotne - nieoddzielanego mechanicznie, wiec nie ma tu żadnych ścięgien, chrząstek, etc.), która kształtuje się na poziomie 70% (60% wieprzowego - z wiadomo kogo, 10% indyczego). Dla porównania akurat mam w lodówce kilka wyrobów innych producentów, które zawierają od 32% (Boże, proszę spraw, żeby to był błąd w druku, bo akurat te smakują mi najbardziej) do 93% mięsa nieoddzielanego mechanicznie.



Dobrze, tyle o wyglądzie i składzie, ale jak to w zasadzie smakuje? Nie jestem koneserem parówek, a domowym "parówkowym skrytożercom" nigdy nie powiedziałbym stop, ale ogólnie - nie najgorzej. Bardziej odpowiadały mi na surowo, szczególnie w połączeniu ze świetnym super pikantnym ketchupem z Pudliszek, ale wiadomo, że "z ketchupem" człowiek jest w stanie zjeść nawet klapę od sedesu. Po ugotowaniu parówki pęcznieją niczym Józef Oleksy pogryziony przez szerszenie i o dziwo - przynajmniej mi - smakują nieco gorzej, ale nadal przyzwoicie. Laik, podobnie jak autor niniejszej recenzji, zje bez zachwytu, ani obrzydzenia. Ot, po prostu zwyczajne parówki o nietypowej nazwie i opakowaniu. W sam raz do przyrządzenia tradycyjnego, staropolskiego Mięsnego Jeża. 6/10.

piątek, 21 grudnia 2012

"Śledź w oleju po gdańsku", 170g (Graal)

"Śledź w oleju po gdańsku", 170g (Graal)
Konserwa rybna sterylizowana.
cena detaliczna: ok. 3,80 zł
liczba kalorii: 720 kcal





Ryby w puszce to typowy "produkt kolacyjny". Wprawdzie niektórzy jedzą je na śniadanie, ale raz że to niezdrowo na żołądek - wpieprzać coś zimnego i tłustego z samego rana, a dwa że człowiekowi pachnie potem z pyska jak szczupakowi po sobotniej imprezie na stawie u wujka Ryśka Okonia, nawet gdy przed wyjściem z domu przepłuka gardziel Domestosem.

Kierując się powyższą logiką, do konsumpcji przystąpiłem o 6.45 rano, zaraz po wzięciu porannego prysznica (zaskoczyłem Was, co?). Chciałem się sprawdzić w pojedynku między rybą, a istotą ludzką, przy czym byłem tak zaspany, że do samego końca nie byłem pewien kto kogo będzie tu wpieprzał.


Opakowanie nie wyróżniałoby się niczym specjalnym - ot zwykła metalowa puszka z odzysku i ryba otoczona pietruchą na etykiecie, bo przecież nie tramwaj - gdyby nie to, że mój haczyk do otwierania znalazł się nie z tej strony co trzeba. Po oderwaniu kawałka etykiety szczęśliwie udało mi się otworzyć puszkę, ale pewien niesmak pozostał. Jeżeli ktoś popełnia taki błąd z mechanizmem otwierającym, może równie dobrze "przeoczyć" kawałek ludzkiej ręki w sałatce. Na odwrocie puszki producent chwali się jeszcze tym, jakich to wspaniałości nie zawiera jego produkt będący źródłem "Witaminy D", "Witaminy B12" i "kwasów Omega3". Można z tego wszystkiego wysnuć (skądinąd mylny) wniosek, że wyrób przedłuża o sto lat życie nie tylko konsumenta, ale i jego rodzeństwa, dziadków, teścia i aligatora sąsiadów.


Otwarcie puszki przyniosło niestety kolejne rozczarowanie. Produkt zawiera bowiem mniej więcej tyle samo ryby (50%) co oleju (46%) i równie dobrze można by go sprzedawać pod nazwą "Olej w śledziu po gdańsku" (z czego można wysnuć jeszcze bardziej mylny wniosek, że pozostałe 4% to właśnie Gdańsk). 


Co do smaku, to może zabrzmi to niewyszukanie, ale produkt smakuje... rybą (gdańska nuta jest mało wyraźna, ale daje się odczuć). W konsumpcji jest raczej delikatny, choć lekko kwaskowaty, co niestety wskazuje na to, że do high-endowych wyrobów z wyższej półki sporo mu brakuje. Olej nie przeszkadza, z łatwością daje się odseparować i nie czuć go w smaku śledzi, ale jednocześnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że gdybym doprawił produkt cebulą - smakowałby o wiele lepiej (produkt, nie olej). Być może wkrótce się o to pokuszę i okraszę poniższy tekst stosownym appendixem.

(śniadanie "Pana od Doktryn" na WPiA UJ)

Podsumowując - nie mogę szczerze polecić graalowskich "Śledzi w oleju po gdańsku", ale jednocześnie nie mam zamiaru odradzać ich zakupu. Nie zrozumcie mnie źle - gdyby Jezus cudownie rozmnażał te ryby, nikt by się nie otruł, ale jego kazania z pewnością cieszyłyby się mniejszą popularnością. Próbujcie tylko na własną odpowiedzialność! Jak dla mnie - 4/10!