niedziela, 6 października 2013

"Belriso", ryż na mleku o smaku mlecznym 175g (Zott)


"Belriso", ryż na mleku o smaku mlecznym 175g (Zott)
cena detaliczna: ok. 2,30 zł
liczba kalorii: 130 kcal

Jestem fanem wszelkich przekąsek. W ogóle dużo jem i nie wstydzę się napisać, iż jeśli nie poprawię obiadku czymś słodkim, to kończy się to problemem ze skupieniem uwagi i czasowym obniżeniem pewności siebie. Niestety, najczęściej przegryzam jakiegoś rodzaju ciastka (najlepiej takie polane czekoladą), w najlepszym razie sezamki lub jakiś produkt mleczarski. Świetną alternatywą dla wszystkiego, co jadłem do tej pory wydaje się być ryż na mleku "Belriso" firmy Zott.

Smak tegoż produktu znałem bardzo dobrze w późnym dzieciństwie, ale przez kilka lat ryż był niedostępny (przynajmniej w sklepach, w których ja robiłem zakupy) i zechciałem go sobie przypomnieć, gdyż natrafiłem nań w "Lewku". Ale nie jest to to samo, co znałem! Pamiętałem smaki wiśniowy i waniliowy, tymczasem na półce z nabiałem pojawił się ryż na mleku o smaku "mlecznym" (to owsianka na wodzie jest o smaku wody?). Opakowanie jakby inne, choć kolorystyka podobna (głównie niebieski), trochę brzydsze od tego, które pamiętam. Na opakowaniu dumny napis "Numer 1 w Polsce". Oznacza on albo tyle, że trzymam pierwszy wyprodukowany ryż, albo że w innych krajach jest on sprzedawany pod innymi numerami (np. "2" lub "4").
Budowlaniec jak każdy - garnitur i ryż na mleku w ramach branczu
Odrywam sreberko-wieko i oblizuję, jak Pan Bóg przykazał. Ryż pływa w apetycznej mazi, pewnym rodzaju puddingu. Ponieważ plastikowa miseczka jest zbudowana tak, że posiada charakterystyczny rowek dookoła, w którym zagnieżdża się sosik (ryż tam się nie przyklei), konsumpcję zaczynam lawirując łyżeczką właśnie w tym rejonie. Prawdziwa szama zaczyna się jednak, gdy zaczniemy memłać tytułowy ryż. Jego konsystencja jest idealna - nie jest zbyt rozgotowany, da się go nawet delikatnie gryźć. Postronnemu obserwatorowi (o ile zaprosicie kogoś do takiej roli - "Marian, chodź, będę jadł pożywny deser!") może się zdać, że to jakaś papka, ale to wielce krzywdzące dla "Belriso" określenie. Smakowite, więc nabieram coraz to większe ilości.
To jest ryż, to się je na obiad
Może się zdać, że przekąska szybko się kończy, ale po chwili odczuwamy przyjemną satysfakcję i sytość. Czy jesteście w stanie podać nazwę podobnego deser, po którym tak właśnie się czujecie? Pod tym względem produkt firmy Zott jest prawdziwym ewenementem i faktycznie numerem 1 w Cesarstwie. Może mój zachwyt jest na wyrost, gdyż jemy zwykły ryż, który przecież ludzie jedzą na obiad i jak wrzucisz coś, co ludzie jedzą na obiad do deseru, to też się najesz. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - nie wrzucisz, bo Ci się nie będzie chciało, albo uznasz, że to obrzydliwe. Dlatego z całego serca polecam ten zagraniczny produkt. Teraz czas na spróbowanie innych smaków!

7/10

niedziela, 11 sierpnia 2013

Zapiekanki przy pętli bronowickiej (ul. Balicka)

Zapiekanka
Cena: ok. 5 zł
liczba kalorii: wystarczająca, by zapewnić energię na kilka godzin.

Jest Kraków miastem, w którym zabytek przylega do zabytku, a miejsc szczególnych przez wzgląd na historię i tradycję jest tyle, ilu studentów zjeżdżających rokrocznie do tego miasta po wiedzę, pracę, astmę i chuligański wpierdol. Mamy Rynek z wieżą ratuszową, skarbonką i starą wróżką skuloną gdzieś między filarami Sukiennic, mamy radosny i drogi jak bourbon Kazimierz, Nową Hutę ze swym socrealistycznym renesansem. Mamy też Bronowice. 

Z czego słyną Bronowice? Tak, prawda, jest tam giełda przedmiotów wszelakich, od surykatek, a na częściach zamiennych do Tu-154 kończąc, ale nie o to idzie. Tak tak, jest jakaś stara chata, gdzie ongiś hajtnął się Rydel (nie ten z Dżemu), a całe wydarzenie zasłynęło tym, że goście, po uprzednim wypiciu sporej ilości samogonu, byli tak nawaleni, że widzieli chochoły, zjawy i Wernyhorę, co więcej - tańczyli z nimi. Potem ich oczywiście zdrowo „skrojono”, ktoś tam płakał za zgubionym rogiem, policja przyjęła zgłoszenie, lecz dochodzenie rychło umorzono, kiedy biegły spirytysta orzekł, że duchów tam żadnych nie było, ale spiryt – i owszem. Chata Bronowicka - to mrzonka. 

Prawdziwą atrakcją Bronowic jest to, co znajduje się blisko pętli tramwajowej – to legendarny punkt z zapiekankami. 


UWAGA: w bliskim sąsiedztwie znajdują się dwa bary „szybkiej obsługi”. Jak poznać ten właściwy? Po kolejce – ta prowadząca do naszych zapiekanek jest długa, często dwudziestoosobowa (sic!), zaś przy tej konkurencyjnej w praktyce kolejek brak. Sporadycznie przewinie się jeden klient, by kupić udko z kurczaka albo skorzystać z kosza, a tak poza tym pracująca tam osoba może w spokoju rozwiązywać sudoku. Co innego właściciele punktu z zapiekankami – starsze już osoby, które z rzetelnością godną pochwały wykonują na miejscu zapiekanki. 

Tak! Zapiekani nie są „gotowe”, wyjmowane z zamrażarki i wrzucane do mikrofalówki, co to, to nie! Przez dużą szybę widzimy, jak na świeżo przekrojonej bagietce ląduje dopiero co przyrządzony farsz, i dalej – pokrojony w duże plastry ser. Całość trafia na 2-3 minuty do rozgrzanego pieca, by nabrać rumieńców i temperatury, po czym klient dostaje do ręki ponad trzydziestocentymetrową ambrozję. Można oczywiście za drobną opłatą zakupić dodatki: majonez, ketchup (keczap, keczup, sos pomidorowy), prażoną cebulkę etc., ale, doprawdy, składniki te są w zupełności zbędne, nie trzeba nimi ratować smaku. Raz posmakowawszy bronowickiej zapiekanki, już nigdy nie spojrzymy na inne, zwłaszcza te „z zamrażarki”. Zresztą, popatrzmy na rysunek poglądowy: 


Tak! Zapiekanki na pętli to miejsce kultowe. Zwłaszcza, jeżeli uświadomimy sobie, że... 



Lokal funkcjonuje niemal 30 lat (!). Powtórzę: TRZYDZIEŚCI LAT. Żaden bar szybkiej obsługi w tym mieście, a kto wie, czy nie w Polsce, nie może pochwalić się tak długim stażem. Wielu z nas nie było jeszcze na świecie, kiedy otwierano lokal. Ileż zapiekanek przez ten czas zrobiono! Iluż klientów nakarmiono! Są to - z pewnością - liczby przytłaczające. 

W dobie skomercjalizowanego świata, świata szybkiego i tandetnego, warto zajechać na pętlę bronowicką i kupić coś, co robione jest z sercem i pasją. Myślę, że dla każdego, kto przypadkiem znajdzie się na pętli i będzie miał w kieszeni 5 złotych, jest to nie tyle możliwość, ile obowiązek – obowiązek skosztowania najlepszej zapiekanki w mieście, poznania największej atrakcji Bronowic. 

Moja ocena: 10/10.  

piątek, 9 sierpnia 2013

"Zapp" 60ml (Algida)

"Zapp" 60ml (Algida)
Lody.
cena detaliczna: ok. 1,5zł
liczba kalorii: 140 kcal

Drodzy państwo - szalone lata 90., lato, plaża, z głośników dobywają się pierwsze dźwięki "Takiego tanga" Budki Suflera. Najważniejszą atrakcją dla starszych bywalców nadmorskich i pojezierskich kurortów jest wyprawa na lane "EB" - słodkie jak kapitalizm i czerwone jak przeszłość ministrów z SLD. Za to dla mnie - podstawówkowego amatora niezdrowej żywności - liczyły się tylko solone frytki spożywane w absurdalnych ilościach oraz lody. Ach, lody! Te kupowałem w sklepie "U Arbuza", przezywanym tak z racji na podobieństwo właściciela do byłego już wtedy premiera Oleksego. Zjadane w ilości od trzech do pięciu dziennie przyczyniały się do bólów brzucha, ale i poczucia spełnienia w naszej bezsensownej egzystencji. Ponieważ byłem zbyt mały aby podołać pochłonięciu ogromnego "Magnum" (o ile nie popełniam w tym momencie anachronizmu i marki tej Algida nie wprowadziła nieco później), lodów o zaporowej cenie 5zł, na moje ulubione "na patyku" wybrałem "Zappa" - kolorowe lody o smaku karmelu.

Postanawiając przypomnieć sobie tamte czasy włączyłem kanał z polska muzyką taneczną i otworzyłem produkowanego współcześnie, ponownie po dwuletniej przerwie, "Zappa" aby ocenić go i porównać z moim wspomnieniem o tym produkcie z czasów, gdy gałka kosztowała złotówkę, a sezamki pakowano po pięć. Opakowanie zmieniło się zgodnie z kanonami designu A.D. 2013 (wybaczcie, ale moim skromnym zdaniem nieprzystającymi do wyśrubowanych standardów graficznych z lat 90.). Jest bardziej minimalistyczne, obrazek loda wygląda kolorowo jak dzieciństwo kucyków "Pony", a obok niego, nie wiadomo po jaką cholerę, walnęli wizerunek jakiegoś uczłowieczonego dzikiego zwierza (dzieci teraz lubią zwierzaki, ale w moich czasach musiałby być dinozaurem, żeby zwrócić swoim jestestwem uwagę). 

Lody Są Dobre
Po otwarciu oczywiście pstrokaty miks wesołych kolorków staje się czymś przypominającym zawartość kubka z wodą pod koniec lekcji plastyki. Mając jednak w głowie smak, który znam z czasów mojego "kajtkowania" nie miałem żadnych negatywnych przeczuć. Pierwszy etap konsumpcji nie przyniósł nic poza radością i niepowtarzalne doznanie słodkości stało się moim udziałem. W tym momenie przypomniałem sobie, dlaczego ongiś myślałem, iż karmel jest czymś w kolorach tęczy.

Jednak po jakimś czasie przepełniło mnie uczucie popularnie nazywane "zamuleniem", a przecież lód jest dość małej wielkości - co za dużo słodkiego, to mdło. Gdyby tego było dość - pojawia się jakiś nieprzyjemny tekturowo-chemiczny posmak, który po prostu odrzuca. Byłem przerażony, gdy przez moją głowę przetoczyła się myśl o tym, by "Zappa" po prostu nie skończyć i wyrzucić! Nie zwykłem jednak marnować recenzowanego jedzenia i zmusiłem się, żałując jednak, że nie wybrałem niezawodnego "Noggera".
Już niedługo w Twojej zamrażarce
Droga Algido! Cóż to się stało przez te wszystkie lata, gdy ja zajmowałem się graniem w gry komputerowe i markowaniem mojej edukacji, a Ty, Moja Droga, eksplorowaniem możliwości marketingowych hitów muzyki tanecznej? Czy stać się coś mogło z metodą produkcji, albo transportu? Mam nadzieję, że mój lód nie leżał przy mrożonej pandze albo nie był myty "Ludwikiem"! Jak wiele tej różnicy w doświadczeniach z obu czasów mogę przypisać mojej kiepskiej pamięci, umiłowaniu eskapizmu i wpływowi reklam telewizyjnych na moją psyche? Myślę, że pewnie dwa punkty z dziesięciostopniowej skali to właśnie wpływ mnie samego. Ustalmy więc: "Zapp" z roku 1997 - 9/10. "Zapp" dziś - ten z włochatym patafianem na papierku i lizany przeze mnie w wieku, który nie uprawnia do występowania w młodzieżówce - 3/10. 

Lata 90-te - wróćcie!

wtorek, 30 lipca 2013

"Sonko Pop Cool Chips Zielona Cebulka, 60g" i "Sonko Pop Cool Chips Papryka, 60g" (Healthy Food Production S.A.)

"Sonko Pop Cool Chips Zielona Cebulka, 60g" i "Sonko Pop Cool Chips Papryka, 60g" (Healthy Food Production S.A.)
Czipsy popcornowe o smaku zielonej cebulki i  Czipsy popcornowe o smaku papryki. 
cena detaliczna: ok. 3 zł.
liczba kalorii: ok. 400 kcal/100g.


Do zrecenzowania owego produktu namówiło mnie takie małe, mądre, śliczne, kieleckie blond "coś", co przywykłem nazywać dziewczyną. Akurat jestem na diecie (niestety wciąż jestem na tyle gruby, że gdy tylko ściągam obok domu koszulkę, sąsiad regularnie bierze mnie na cel swojej strzelby, pewien, że dziki wieprz zakrada mu się na podwórko), więc poszukuję nisko kalorycznych przekąsek, które zaspokoiłyby moją potrzebę zjedzenia czegoś dobrego, a nieszkodliwego. Produkt Sonko miał się stać (tymczasową) alternatywą dla moich ukochanych Laysów. Czy mu się to udało? Zapraszam do recenzji.


Zacznijmy od garstki faktów: 1) Nazwa produktu jest mało gustowna (wyobraźcie sobie, że wchodzicie do sklepu i mówicie: "Poproszę te czipsy Pop Cool o smaku papryki!" Słabo.) i skierowana raczej do przedszkolnego odbiorcy, a nie dojrzałego konsumenta. Ma natomiast pewne uzasadnienie, bo czipsy są popcornowe, a nie ziemniaczane (koło ziemniaka to nawet nie stało). 2) Czipsy pakowane są w coś, co nie jest w pełni klasyczną folią (bardzo ciekawa w dotyku, jeśli ktoś lubi macać rzeczy. Ja lubię). Co ciekawe, jedna paczka sprawiała wrażenie bardzo napakowanej powietrzem (zielona cebulka), natomiast druga wręcz przeciwnie (papryka) - zawierała luzy. Najwyraźniej bęben maszyny dmuchającej był pusty i nie nastąpiło zwolnienie blokady (w odpowiednim momencie). 3) Produkt sili się na eko, healthy, etc. Dzięki użyciu innego materiału czipsotwórczego, zawiera 75% mniej tłuszczu (w stosunku do kartoflanego odpowiednika) i nie ma w nim śladu konserwantów i glutaminianu monosodowego (czymkolwiek by to cholerstwo nie było. Mam tylko nadzieję, że twórcy nie wymyślają tych nazw na poczekaniu, bo niedługo zaczną pisać np. "Nie zawiera glutobenzynosiarczanu kutaminatydatyny" i co najgorsze - nie skłamią. A tak poważnie, w Internecie znalazłem, że produkt nie zawiera wprawdzie glutaminianu sodu czyli E- 630, ale zawiera rybonukleotydy disodowe (E-635), które są pochodną ww. glutaminianu, więc nie wysnuwałbym zbyt pochopnych wniosków co do "ekologiczności" owych czipsów).


Co do smaku, to faktycznie, warstwa wierzchnia czipsa jest dobrze nasycona aromatem przez co wrażenie "styropianowości" jest ograniczone do minimum (co nie znaczy, że go nie ma). Jeśli lubicie konsumować czipsa w ten sposób, że najpierw "wysysacie" w buzi z niego wszystkie soki - to wrażenie wpieprzania opakowania po telewizorze będzie intensywniejsze, jeśli natomiast od razu gryziecie i przełykacie, to mniejsze. Czipsy wymagają zresztą nieco większego wysiłku szczęki, niż ich ziemniaczany brat, albowiem trochę trzeba jest zgryźć, zanim się przełknie (są znacznie grubsze i mniej kruche). Co do smaku, to miałem okazję testować dwa warianty: paprykowy i o smaku zielonej cebulki. Ten pierwszy smakował mi jakby bardziej, pełniej, albowiem w drugich było trochę za dużo soli. Wszystko to jednak kwestia gustu i osobistych preferencji (w teście siły smaku - dwa różne czipsy do ryja naraz i sprawdzenie, który da się wyczuć - zwyciężyła cebula).

Czas na podsumowanie. Czipsy okazały się solidnym produktem, który zaspokaja głód i poczucie, że nie zjadło się zbyt dużo. Nie stanowią konkurencji smakowej dla najlepszych z Laysów, niemniej jednak pod presją diety, czuję się zobowiązany ocenić je na 7/10.

Na zachętę.

niedziela, 14 lipca 2013

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)

"Parówki Ulubione o smaku chili", 205g (Indykpol S.A.)
Kiełbasa drobiowo-wieprzowa, drobno rozdrobniona, wędzona, parzona.
cena detaliczna: ok. 2,79 zł
liczba kalorii: ok. 220 kcal



Jak mówi mądre powiedzenie - "Trzecią wojnę światową przeżyją tylko karaluchy, szczury i parówki." Możesz się teraz zastanawiać drogi czytelniku: "Szczury, karaluchy, pracownicy Katedry Prawa Cywilnego WPiA UJ - rozumiem - ale dlaczego na wszystkich bogów - parówki?!" Otóż z co najmniej trzech powodów: 1) łatwości przygotowania, 2) walorów smaków, 3) walorów energetycznych. Parówki można zrobić z wszystkiego (nawet z bohaterów Disneya), zawsze mają choćby przyzwoity smak i dostarczają odpowiednio dużo energii, by przetrwać tak w naszym świecie, jak i postapokaliptycznym piekle, w którym o każdy kawałek ziemi, należy walczyć z popromiennymi potworami (z ww. Katedry).


Zabrzmi to wzruszająco, ale parówki owe podarował mi brat ze słowami: "Kupiłem ci parówki z chili, żebyś mógł zrecenzować je na Wpieprzamy." Spełniło się zatem marzenie redakcji niniejszego bloga, by otrzymywać darmowe jedzenie od licznych, hojnych donatorów. Przez jakiś czas produkt ów leżał w lodówce, aż przyszedł dzisiejszy niedzielny poranek i zainspirowana telewizyjną debatą o uboju rytualnym, wielka chęć wrzucenia na talerz kawałka martwego zwierzaka. Opakowanie od samego początku nie bardzo mi się spodobało - żółć i czerwień, to nie są moje ulubione barwy, wolałem wcześniejszą, niebieską kolorystykę wyrobów Indykpola. Ale to detal, zjada się w końcu zawartość tegoż opakowania. Można się za to z niego jeszcze dowiedzieć, że produkt składa się w 46% z mięsa indyczego, w 7% z kurczaka, a w 16% z mięsa wieprzowego. Nieźle.


By zbadać jak owe parówki smakują, przeprowadziłem Parówkowy Test Wpieprzamy (wszelkie prawa zastrzeżone) polegający na skonsumowaniu parówki w trzech trybach: 1) na surowo, 2) po ugotowaniu w sposób wskazany na opakowaniu, 3) po wrzuceniu do mikrofalówki na dwie minuty (440W)
.
Posiłek o wdzięku PRLowskiego kierowcy PKSu.
Na surowo produkt smakuje mocno przeciętnie, w połowie konsumpcji nawet nieco mnie zemdliło (może z powodu wczorajszej imprezy), dlatego nie mogę ocenić go zbyt wysoko. 4/10 to absolutnie maksymalna nota, przykro mi Indyczku. Po ugotowaniu jest o dziwo dużo lepiej, aromat chilli jest wyraźnie odczuwalny, ale nienachalny i łatwy do zabicia ketchupem lub majonezem. Wypada dać owym parówkom notę wyższą, to jest 6/10. Prawdziwą moc, parówki pokazują jednak po wsadzeniu do mikrofali, robią się wtedy naprawdę dobre, także wtedy, gdy przesadzimy, doprowadzając do pęknięcia skórki. Nota wędruje więc do góry o jeden stopień, docierając do oceny 7/10, co jak na parówki jest całkiem niezłym wynikiem.
Rekomenduję, przyrządzać je właśnie w ten sposób.

wtorek, 9 lipca 2013

"Lays MAX Ser & Zielona Cebulka", 140g (Frito-Lay)

"Lays MAX Ser & Zielona Cebulka", 140g (Frito-Lay)
Czipsy ziemniaczane, grubo krojone.
cena detaliczna: ok. 4.49 zł.
liczba kalorii: ok. 700 kcal. (cała paczka)

Wakacje to czas dokonywania trudnych wyborów, takich z pogranicza życia i śmierci (towarzyskiej). Jak bowiem powszechnie wiadomo - nikt nie lubi grubych ludzi. (Ta piękna, generalna zasada uświęcona latami tradycji nie dotyczy Wojtka Manna i kobiet w ciąży (ale i to pod warunkiem, że jest to twoja żona)). Toteż trzeba wybierać - albo zamkniesz ryja i weźmiesz się za siebie, biegając w te i we wte oraz chodząc na siłownię, aby potem pozować do wakacyjnych "słitfoci" na fejsa, albo zignorujesz zalecenia dietetyków i dobrze na wakacyjnej słitfoci będziesz wyglądać tylko w otoczeniu tuczników z pobliskiej obory. Myślisz, że wybór jest prosty? Nic bardziej mylnego! Podejmowanie takiej decyzji łączy się z niemal fizycznym bólem.

Z jednej strony - trzeba bowiem ciężko harować, żeby wyglądać szczupło i pięknie, tryskać zdrowiem i energią, a z drugiej strony czipsy. Niby trzeba podobać się płci pięknej (osobiście spasłem się tak, że wstydzę się ściągać koszulkę już przed samym sobą, bojaźliwie zasłaniając cycki, żebym ich przypadkiem nie zobaczył), a z drugiej strony kiełbasa z grilla i karkówka. Ból, ból, kalorie i ból.

Nawet najpiękniejsze "dziewczyny z Facebooka" mają problem z dokonywaniem owych wyborów.

Sam biegam głównie po supermarkecie, więc nikogo nie powinno dziwić, że pewnego słonecznego dnia wpadłem na zupełnie nowe Laysy MAX (na półkach sklepowych zadebiutowały w połowie czerwca!) o smaku sera i zielonej cebulki. Pewnie zignorowałbym estetyczne, błękitne opakowanie (kojarzone raczej z tradycyjnymi Laysami o smaku fromage), ale mą uwagę przykuł napis po drugiej stronie paczki - "Wszystkie składniki Lay's są powszechnie stosowane w produkcji żywności", co tak naprawdę znaczy mniej więcej tyle, że gdy upowszechni się robienie czipsów z postsowieckich odpadów atomowych, to będziecie mogli zrezygnować z korzystania z lampki nocnej. Nie będzie Wam potrzebna.


Czym prędzej rozdarłem paczkę, z której wydobył się miły, cebulowy zapach. Nowe czipsy wyróżniają się z nietypowym, falistym kształtem (przypominającym nieco kształt płyt azbestowych, które przez lata miałem na dachu (nie muszę chyba dodawać, że mój pokój mieścił się na poddaszu... Rodzice bardzo mnie kochali)), który możecie zaobserwować na fotografii poniżej:


Muszę przyznać, że jest on dużo wygodniejszy w konsumpcji. Czipsy nie łamią się zbyt łatwo w ustach, dzięki czemu można w pełni nasycić się ich smakiem. Co do tego ostatniego, to jak można się spodziewać - jest mocno słonawy i więcej w nim posmaku cebuli, niż sera. Jest niezły, ale po kilkunastu czipsach zaczyna nużyć. Nie jest to z pewnością produkt, którego paczkę zjadłbym w całości podczas jednego wieczoru (co może być jakąś zachętą do jego kupna w wakacje, gdy już bardzo musimy, ale...).

Odstrasza też cena - stanowczo za wysoka. Daleko bowiem "MAXom" do rewelacyjnych, wyrazistych "Strongów", które w kategorii - "czipsy do 4.5 zł" - zmiatają wszystko co staje im na drodze. Jadłem jakiś czas temu zwykłe, lewiatanowe czipsy i w smaku niewiele różniły się od recenzowanego produktu, a były sporo tańsze.

Podsumowując, kształt to krok w dobrą stronę (nigdy nie lubiłem cienkich czipsów), ale smak - to pomimo zachowywania pewnego poziomu - jednak jakieś rozczarowanie. Mogłoby być lepiej.
6/10

wtorek, 28 maja 2013

"Servet's" ("U Szwagra" ul. Lea, Kraków)

"Servet's" ("U Szwagra" ul. Lea, Kraków)
cena: 12 zł
liczba kalorii: over 9000

Można by rzec, że składanej sobie i poniekąd czytelnikom obietnicy nie korzystania z fast-foodów jednocześnie nie wypełniłem i wypełniłem. Nie wypełniłem, gdyż niniejsza recenzja dotyczy tego typu jedzenia i wypełniłem, bo nie miałem nic wspólnego ze spożywaniem produktu (no, chyba że liczyć badawcze przyglądanie się z boku). Moim asystentem w stworzeniu nowatorskiej w formie recenzji był G., którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Drodzy Państwo: czytacie prawdopodobnie pierwszą w historii recenzję pisaną z "drugiej ręki", z "drugiego podniebienia" - tak może bardziej. Także pierwszą dania, a nie, jak to zwykle bywa, gotowego produktu. G. opowiada mi, co przeżył i czy warto, a ja smakuję językiem wyobraźni i opisuję. Wszystko dlatego, że mój układ trawienny takiego przysmaku mógłby nie zdzierżyć.

W kolejce do szczęścia

Przedmiotem dzisiejszych rozważań jest "Servet's" z baru "U Szwagra" na ulicy Lea. Jest to popularna knajpa, szczególnie wśród tak zwanych "nocnych kowbojów" wracających z całonocnych przygód krokiem chwiejnym jak sytuacja polityczna na Bałkanach. Od niektórych z nich, koneserów, dowiedzieć się można o teoriach dotyczących genezy nazwy "Servet's". Ktoś twierdzi, że danie wymyślił Miguel Servet - hiszpański teolog, astronom, prawnik i lekarz jako nieudany eksperyment na żołądkach paryskich mieszczan. Inny mówi, że to od charakterystycznego naczynia, serwety-koperty, w którą wkłada się zawartość. Kwestia pozostaje nierozstrzygnięta.

Porcja mięsa i frytek z sosami, bo tym właściwie jest ten przysmak (patrz ryc. 1) cieszy się "U Szwagra" ogromną popularnością, przewyższającą kebaby i zapiekanki. Może to wynikać z faktu, że - przynajmniej intuicyjnie - bardzo się on opłaca. W okolicznościach typowo "szwagrowych" (zmęczeni studenci wracający ze wspólnej nauki wszędzie dokoła) G. zamawia Graala krakowskich budek z żarciem. Fast-food ostateczny - "Servet's"

ryc. 1 (autorstwo: G.)

Po krótkiej chwili oczekiwania mój asystent dzierży już w dłoni rożek z rarytasami. Wygląd jego nie jest niczym szczególnym ani też - należy szczerze przyznać - apetycznym. Duże, brzydkie kawałki kurczaka wystają z tektury. G. nie należy jednak do osób "jedzących oczami". "Jak walory smakowe?" - pytam zaciekawiony. Z relacji wynika, że mięsko jest smaczne, dobrze wysmażone i nie chrzęści. Jednak czasem kawałki mięsa są zbyt duże, nie pokrojone (ten problem niestety się powtarza). Frytki również bardzo dobre. Warto trafić, tak jak my, na karbowane - te są bardziej chrupiące. Proporcje wszystkich składników są odpowiednie, także biorąc pod uwagę ilość sosu (ważne: pani z czarnymi włosami ładuje więcej mięsa). Sos należy zamówić mieszany, bo bardziej się opłaca. Jego pikantność jest świetnie wypośrodkowana - smak jest wyraźny, a (tu cytat) "ryja nie wyparza".

Cechą charakterystyczną "Servet'sa" jest to, że już w połowie konsumpcji człowiek czuje się najedzony. Tu zapewne pojawiają sie pierwsze wątpliwości, ale zostają szybko zagłuszone upojeniem alkoholowym i wnioskiem: "przecież nie wyrzucę". Nasza decyzja zostaje sowicie wynagrodzona dojściem do etapu, w którym kurczak jest wymieszany z fryteczkami i sosem. Tu podobno jest najprzyjemniej. Na końcu jeszcze zostają same frytki, które możemy namoczyć resztkami tłuszczyku. Głód został zaspokojony. Gdzieś tak do podwieczorka następnego dnia. Pozostaje sympatyczny posmak i pierwszy wyrzut sumienia, a w oczy zagląda widmo jutrzejszej niestrawności.

Dzierż mocno, bo kradną
Wydaje mi się, że podobieństwo opisywanego dania do dantejskiego piekła, które również ma formę leja, nie jest przypadkowe. Jest to z pewnością wymysł diabła, mający nas oduczyć pijaństwa albo imprez bez zakąski. G. kończy opis: "jeśli mówimy o kategorii szybkiego jedzenia, to coś smaczniejszego z pewnością istnieje, ale coś, czym najeść się można bardziej - z pewnością nie". Dopytuję, czy warto: "raz spróbować tak - jak ze skokiem na bungee albo koncertem jazzowym". Więcej nie ma sensu. "Chyba, że jesteś koneserem" - dodaje G.

8/10

P.S. G. po dwóch dniach spożywania "Servet'sa" z rzędu zachorował. Po krótkim okresie rekonwalescencji i trzymania się za brzuch wszystko jest z nim w porządku. Dziś mieszka na farmie wraz z ulubionymi zwierzętami i poświęca się pisaniu pamiętników. Dzięki pracy na rzecz zdrowego stylu życia otrzymał medal z rąk prezydenta. Jego przewód kanonizacyjny jest otwarty.