sobota, 18 maja 2013

Aero Bubbles (Peppermint), 113g (Nestle)

Aero Bubbles (Peppermint), 113g (Nestle)
Kuleczki czekoladowo-miętowe. 
cena detaliczna: 41p - £1.5 (w zależności od promocji)
liczba kalorii: 145 kcal na każde 9 kulek.


Napisy na zgrabnym, zielonym opakowaniu zachęcają do dzielenia się, ale ja nie zamierzam się nimi dzielić. Nabywam kuleczki w najbliższym Sainsbury's i chichocząc, niczym Gollum porywam do swojej nory, gdzie pochłaniam w samotności. Z zewnątrz produkt naprawdę robi wrażenie - folia jest gruba, logo z nazwą produktu wyraziste i pokryte błyszczącym lakierem, a wszelkie informacje podane w sposób niezwykle przystępny. Klasa światowa! Uczcie się rodacy, uczcie od najlepszych!

Całość jest przy tym idealnie wyważona. Nie zrozumcie mnie źle - słodyczy zawsze jest za mało (i dobrze, bo i tak już jestem za gruby) - ale tych jest "za mało" w sposób bardziej zbliżony do "w sam raz". Gdyby jeszcze nie te napisy z tyłu opakowania - "party", "enjoy" i "share" - byłbym wniebowzięty! Ale, ale, zachwycam się opakowaniem, a pora przyjrzeć się samemu produktowi.


Kuleczki wysypują się z mroku, po lekkim wstrząśnięciu saszetką. <Są wystraszone, boją się, drżą, jakby z zimna.> Optycznie nie sprawiają wrażenia jakby było ich dużo, ale - jak to kulki - mają taką fajną właściwość, że są okrągłe i same wysypują się z opakowania (dzięki właściwościom tocznym), przez co można uniknąć lękliwego zaglądania do środka i stresowania się, że "niedługo koniec" (przyznajcie, perspektywa końca czegoś dobrego zawsze jest szokująca). Kolejny plus dla gościa, który projektował opakowanie.


Jeśli chodzi o wygląd pojedynczej kulki, to z zewnątrz są brązowo-zielone (po połowie), przy czym to brązowe to klasyczna mleczna czekolada, natomiast to zielone to miętowa aero-czekolada (bąbelkowa - nadmuchana, jak ser szwajcarski). Całość wypełniona jest zresztą właśnie tym zielonym, więc tradycyjnej czekolady nie ma tu tak dużo.

Smakuje to oczywiście wyśmienicie (jeśli ktoś lubi miętę) i orzeźwiająco, odświeżając jamę ustną pysznie miętowym smakiem (mimo to dalej musicie myć po nich zęby, przykro mi). Kulki nie działają przy tym narkotyzująco (jak np. żelki, które zjadam metodą: jeden żelek, jeden żel, dwa żelki, trzy żelki, pięć żelków, cała paczka do ryja), można je odstawić na moment i zjeść za godzinę, lub na drugi dzień (nie mówię, że to łatwe, niemniej jednak możliwe). Najlepiej konsumować je przez wsadzenie do otworu gębowego i czekanie, aż się rozpuszczą. Powyższe sprawia, że są godnym polecania produktem, którym można (i należy) rozkoszować się w samotności. Jest ich niestety zbyt mało, żeby się dzielić.

9/10

niedziela, 12 maja 2013

Precle z masłem "Bonitki", 294g (Biedronka)




Precle z masłem "Bonitki", 294g (Biedronka)
ciastka 
cena detaliczna: 6,29zł
liczba kalorii: 508 kcal


Jest w życiu takie jedno z najpiękniejszych uczuć, kiedy udaje się coś odkryć. Niezależnie od tego, czy jest to piękny bursztyn na plaży, czy filmik z kotem grającym w twistera, chodzi o satysfakcję, którą daje możliwość przekazania odkrycia dalej. Moim sukcesem, który sprawił, iż poczułem się jak najlepszy poławiacz pereł, są precle "Bonitki" z wiadomego owadziego dyskontu.

Zdziwienie i radość tym są większe, że raz na nazwie "Bonitki" już się sparzyłem. Zakupiłem kiedyś herbatniki tej marki - a musicie wiedzieć, że na herbatnikach to ja się znam - i zyskały one mało zaszczytne miano "syfu roku". Zupełnie bez koloru, w smaku sztuczne i niczym nie przypominające prawdziwych wypieków w rodzaju tych z pięćdziesięcioma dwoma ząbkami. Nigdy więcej.

Niech was ręka boska broni!


Któregoś jednak dnia, żerując w moim rodzinnym domu, otworzyłem paczkę bliżej mi nieznanych ciastek. Uwagę na nazwę produktu i napis "25% masła" (tak, jest tam go więcej, niż w "Delmie") zwróciłem dopiero, gdy zjadłem wszystkie ciasteczka. "Niemożliwe" - pomyslałem. To trochę takie uczucie, jak zobaczyć waszą najbrzydszą koleżankę z podstawówki na okładce "Harper's Bazaar". Niby nazwisko takie same, ale musisz przyjrzeć się dwa razy.

No to teraz do rzeczy. Zacznijmy od opakowania i wyglądu. To nie urzeka jakoś specjalnie urodą, ale logo czy wzory graficzne nie starają się naśladować żadnego innego produktu wiodącej marki, a w przypadku "Biedronki" to już pewien plus. Ciacha ułożone są równo w rzędach w plastikowym pudełku, nie walają się więc wszędzie i zmieniają swój kształt dopiero pod naciskiem naszych siekaczy. Precle przypominają precle tylko w zarysie, więc może paść zarzut braku precyzji wykonania, ale słuszna ilość cukru nam to wynagradza tak w warstwie wizualnej, jak i smakowej. 

Konsystencja nadaje "Bonitkom" swoistej lekkości, której nie należy pomylić z "napompowaniem" w celu zmniejszenia masy produktu. Ciasto jest trochę francuskie, kruche (nie polecam jedzenia w środkach masowej komunikacji ani samochodzie kolegi). W pewnych miejscach, jak się zdaje, bardziej wypieczone. Do tego całkiem przyjemnie pachną, z deczka podobnie do takich duńskich maślanych ciasteczek sprzedawanych w puszkach. Czas spróbować!

W smaku biedronkowe precle są wyśmienite! Trudno mi opisać, co dokładnie na to wpływa, ale zwróciłbym uwagę na rolę masła i cukru, który jest głównym źródłem umiarkowanej słodyczy i umożliwia jedzenie dużych ilości ciastek. Jest także coś, co sprawia, że szybko i głęboko od nich się uzależniamy. Naprawdę trudno jest przestać! Gdyby ktoś chciał nakręcić remake "Trainspotting", to powinien on traktować o ludziach uzależnionych od słodyczy z "Biedronki" (ale to raczej nie wybiłoby się poza festiwal w Sundance). Obawiam się, że dla części konsumentów "Bonitki" mogą mieć negatywny wpływ na życie i relacje ze społeczeństwem! 
Oscar za charakteryzację
Opisane przeze mnie precle są więc produktem wyjątkowej jakości, znacząco przewyższającym swoją półkę cenową. Tak dobrym, że aż boję się o nim pisać, bo zwiększam tylko szanse na masową histerię z nimi związaną. Pomyślcie tylko - jeszcze niedawno mało kto wiedział, kim była Anna German, a dziś jest najpopularniejszym polskim artystą. Dlaczegóż to samo nie może zdarzyć się w świecie produktów spożywczych? Szczególnie, że w tym wypadku naprawdę warto. Myślę, że wystarczy pozwolić Rosjanom zrobić serial o "Bonitkach" (na pewno można by uczynić z nich bardziej wielowymiarową postać) i nałożyć na nagranie filtr w kolorze tych maślanych przysmaków. Panie i Panowie - czas na preclomanię! 

9/10

wtorek, 7 maja 2013

"Tutti", serek waniliowy, 140g (Lactalis/Biedronka)


"Tutti",  140g (Lactalis/Biedronka)
serek o smaku waniliowym
cena detaliczna: 1,29 zł
liczba kalorii: ok. 180 kcal.


Jestem homoentuzjastą. Tak. Ale powściągnijcie swoje zapędy, jestem homoentuzjastą mleczarskim li tylko. HOMOGENIZACJA, termin rodem z powieści s-f, który nic mi nie mówi. Dlatego wspomóżmy się wielce dostojną Wikipedią:

„Homogenizacja (gr. homogenes - jednorodny) polega na wytwarzaniu jednolitej mieszaniny z niemieszających się ze sobą w warunkach normalnych składników.”

Jest coraz bardziej intrygująco, nieprawdaż? Weźmy bowiem bohatera niniejszej recenzji – czy w tym małym opakowaniu pomieszano ogień i wodę, albo dalej, jakieś składniki wybuchowe? Prawie że, o ile pozostawilibyśmy nasz serek na jakiś czas w warunkach tropikalnych, a następnie zjedli, eksplozja (tylko taka trochę od dupy-strony) byłaby gwarantowana. Czytajmy dalej: 

„W przemyśle mleczarskim stosuje się homogenizację mleka, śmietany i innych przetworów mlecznych. Polega ona na rozdrabnianiu dużych cząstek tłuszczów zawartych w mleku. Przeciwdziała to zbieraniu się tłuszczu na powierzchni.” 

Aha! Wszystko cacy, jak to mówią. Tylko co w takim razie myśleć o tym: 




Czy wody już nie dało się shomogenizować? Czy może trafiłem na specjalną edycję serka – „Gramy o Mundial z Anglią na Narodowym Limited Edition”? Wszak Biedronka sponsorem naszej kadry jest? Niestety, nie udało mi się tego rozstrzygnąć, muszę jednak przyznać, że u markowej konkurencji (ta od metody na głoda z tym śmiesznym żółtym czymś o aparycji Mesuta Ozila) nigdy owej wody nie zaobserwowałem. Szczęściem, wystarczy intensywnie zamieszać, niczym wałkiem w misce pełnej masy na ciasto, by serek stał się homogenizowany sensu stricto, a nie tylko z nazwy.

Aha, nie czytajcie dalszej treści hasła na Wikipedii, zwłaszcza przed jedzeniem, mi to obrzydziło nie jeden wieczór z homo. Serkiem homo. 


Przejdźmy do meritum. Najpierw pewna uwaga konesera. Aby określić jakość serka homo, należy zaopatrzyć się w najtańszy i najdroższy jego okaz, a następnie porównać i wyciągnąć wnioski. Tanie serki robione na odpierdol to nic innego jak słodki zbity twaróg, wyglądający jakby żywcem zerżnięto go z weselnego sernika. Z kolei te drogie to już wyrafinowane masy o budyniowej wręcz konsystencji. O dziwo, naszemu serkowi bliżej do tej drugiej kategorii – wzięty na łyżkę całkiem długo się na niej trzyma, niby zaprawa na szpachli, i, po odwróceniu tejże łyżki, opada dopiero po pewnym czasie. Szacun! O ile, tak jak mówiłem, wszystko wymiesza się za wczasu, serek jest puszysty, kremowy, rozpływa się w ustach i takie tam. JEST PO PROSTU DOBRY. Choć malkontenci i bumelanci, których wszak wielu jest pośród nas, zarzucą, że serek nasz może być odrobinę za słodki. Ale czym jest ta „odrobina” w obliczu aromatu wanilii, tak silnie dobywającego się spod wieczka?


Wbrew pozorom serka nie potraktowano cukrem waniliowym. Producenci chwalą się, że zmielili i wsypali całą laskę wanilii do każdego pojemniczka ich serka. W istocie, jedząc go, możemy natrafić na ciemnobrązowe paprochy o smaku zbutwiałego wybejcowanego mahoniu (czyżbym „pojechał” jakimś regionalizmem? Jak tak, to sorry). Całkiem przyjemne doznanie dla człowieka, który nigdy nie miał do czynienia z wanilią. W młodości uważałem, że skoro istnieją serki śmietankowe i waniliowe, to widocznie te drugie pochodzą od innych rodzajów krów, albo że krowom tym puszcza się w oborze to: 



(nie, nie podlizuję się nikomu ze współredaktorów, takie zarzuty, to czysty absurd).

A kwiat wanilii? Stylowy wiecheć dla kobiety na pierwszą randkę, jeśli przyszłoby nam obejść się smakiem, zawsze możemy sobie ususzyć kwiatka i mieć na potem do naleśników.



Reasumując, opisywany homuś jest dobry, a nuta prawdzie tkwiącej w nim wanilii skutecznie odróżnia recenzowany produkt od konkurencji, podobnie zresztą, jak pływająca z wierzchu woda, za którą poleciały dwa stopnie w ocenie.

8/10. 

Ps. Serek dostępny wyłącznie w sieci sklepów "Biedronka". 

sobota, 4 maja 2013

"Walkers Sensations Mexican Fiery Sweet Chipotle", 150g (Walkers Snack Food Ltd)

"Walkers Sensations Mexican Fiery Sweet Chipotle", 150g (Walkers Snack Food Ltd)
Flavour crisps.
cena detaliczna: ok. £1.
liczba kalorii: ok. 750 kcal (tu nikt nie przejmuje się takimi rzeczami)


Moi drodzy i wierni czytelnicy!
Jakiś czas temu opuściłem nasz piękny i umęczony wojnami kraj, by na londyńskim, intelektualnym zmywaku zarobić na polski byt. Życie jest tu bardzo ciężkie i nie tylko dlatego, że wszędzie są kamery i nie da się spokojnie kraść (a i murzyni pracujący w sklepach wyglądają na dość sprawnych biegaczy). Otóż jedzonko, jak na zarobki typowego "polisz łorkera" jest raczej drogie, a trudno na nim oszczędzać (sami na pewno znacie takich, co to kupują najtańsze żarcie za granicą, a potem wracają do Polski i narzekają, że "tego gówna nie da się jeść"). Na szczęście mi nie powodzi się najgorzej, brzuszek nie wygląda na niezadowolony (co innego moja dziewczyna, gdy ściągam koszulkę), a mój hinduski szef bije mnie metalowym prętem już tylko trzy razy dziennie (plus dwa razy drewnianym kijem i raz łańcuchem, dla zróżnicowania wyglądu ran na moim ciele).

Dla pocieszenia, co by samemu też urozmaicić sobie wieczory w londyńskich rynsztokach, zacząłem przyglądać się brytyjskiej potrawie narodowej, czyli czipsom. Na półkach jest tego od zatrzęsienia w dziesiątkach wariacji i na dodatek względnie taniego (jak na tutejsze ceny), więc można przebierać jak w prostytutkach przy drogach wylotowych z Krakowa. Ja - inaczej niż zazwyczaj w życiu - zdałem się na los i wybrałem na chybił-trafił. I tak w moje łapki wpadł produkt, którego nazwę Google Tłumacz przetłumaczył jako: "Wyprowadzanie odczucia meksykańskiej ognisty słodkie chipotle".


Opakowanie - gustowne, czarne, foliowe odzienie o nowoczesnym designie (wszystkie czipsy z serii "Sensations" posiadają takowe) z ekspresyjną grafiką - zaintrygowało mnie od samego początku - nie da się ukryć. Przywlokłem je do domu i otwarłem, niczym wikingowski topór ludzką czaszkę. Zapach jaki wydobył się z wnętrza obiecywał przyjemną konsumpcję, ale nie był aż tak kuszący, jak w polskich "Lays'ach Strong".


Sam kształt typowego czipsa nie zachwycił, przypominając raczej budżetowe produkty z linii "Tesco Value" niż ekskluzywne bądź co bądź, wyroby "Sensations". Spodobały mi się za to zioła, wyraźne widoczne na powierzchni tego, co kiedyś było ziemniakiem (mam nadzieję). Z tego co się zorientowałem po uważnej lekturze treści zawartych na opakowaniu, czipsy nie zawierały konserwantów, ni sztucznych barwników, więc mogłem wsadzić je do ryja bez większych obaw, że wyrośnie mi dodatkowa para macek, a aparat gębowy rozrośnie się jeszcze bardziej. 

Smakowały lepiej niż nieźle (mają mocny, bardzo intensywny smak, który zaczyna się dość łagodnie z czasem robiąc się coraz ostrzejszy. Ciekawy efekt), ale ponownie do "Strongów" nieco im zabrakło. Może gdyby posmak przypraw był nieco mniej intensywny i nieco mnie "słony", wypadłyby korzystniej? Czuć tu bowiem pewien trudny do scharakteryzowania aromat, który kładzie się delikatnym cieniem na smaku całego czipsa (jakby specyficznego oleju, czuć go zresztą także w innych czipsach z tej linii). Problemem jest zresztą również grubość czipsów - ale to bardziej kwestia osobistej preferencji.

Mi odpowiadały i życzyłbym sobie ich wejścia do Polski, ale jeśli się to nie uda, wielkiej straty nie będzie. Natomiast mój współlokator skomentował je: "Ale to k...a niedobre!".
I tym optymistycznym, typowo polskim akcentem...

Ocena: 7/10

piątek, 5 kwietnia 2013

"Truskawka", 420ml (Herbapol)



"Truskawka", 420ml (Herbapol)
Syrop owocowy
cena detaliczna: ok. 5 zł
liczba  kalorii: ok. 288 kcal 



Lekarze, dietetycy i prezenterzy telewizji śniadaniowej od lat powtarzają, że powinniśmy wypijać od 2 do 10 litrów płynów dziennie (może w ogóle zagryźmy szyjki butli i połóżmy się na cały dzień?). Nie jest to łatwe, trzeba mieć ten fakt ciągle w pamięci i wybrać odpowiedni napój. Taki, który będzie wystarczająco smaczny i nie nazbyt słodki, by pić go na co dzień. Piwo nadałoby świetnie, ale nie można chodzić całe życie na lekkim rauszu (przynajmniej o ile nie jest się beatnikiem-literatą). Po odrzuceniu wielu opcji, spośród których sok pomidorowy i bananowy odpadły dość szybko, zdecydowałem się na piciu z rozcieńczanego syropu. Wyborem zaś na dziś jest Truskawka z "Herbapolu".

Szacunek firmie "Herbapol" należy się chociażby z jednego powodu. Marka ta kojarzona jest jednocześnie z poprzednią epoką polityczną, tradycją i jakością. To udało się naprawdę niewielu, a już na pewno nie na tak trudnym rynku, jak rynek herbat i napojów. Nie sposób przeoczyć także dążenie producenta do nowocześności, co wywnioskować można z dobrze zaprojektowanej szaty graficznej produktu. Nie, nie napisał na niej listu otwartego w sprawie legalizacji związków partnerskich, po prostu nie straszy na półce obok konkurencji. Zwracają uwagę pięknie lśniące owoce i ludowy motyw wycinanki. Wyeksponowany jest napis "owocowa spiżarnia", co ma budzić skojarzenia ze swojskością i domowymi wyrobami. Ja spiżarni nie miałem, tylko piwnicę w bloku, ale tak czy siak na skojarzenia się łatwo nie dam nabrać.

Sprzedawane też jako paliwo do Citroena XM

Nie dam się nabrać, bo co prawda moja babcia też na butelkach pisała "TRUSKAWKA", ale miała tym samym na myśli, że w produkcji istotnie brały udział jakieś truskawki, a niektóre może nawet wypuściły z siebie trochę soku w imię swojej truskawkowej ojczyzny (ich hymnem pewnie jest "Strawberry Fields Forever", ale w wersji marszowej). Tymczasem, jak możemy dowiedzieć się z creditsów, zagęszczonego soku owocowego ze wspomnianego owocu jest tylko (sic!) 0,25%. Tym samym funkcjonuje na zasadzie dodatku, a nie clou sprawy. Więcej smaku "robią" zapewne aromaty (tak, 2/3 smaku to zapach!).  

Będąc wielce zgorszony tym, co odkryłem, przystępuję do konsumpcji. Dobranie odpowiednich proporcji wymaga dużej wprawy i zależne jest od naczynia (radzę dobrać takie, które jest przezroczyste i nie załamuje światła) oraz naszej ręki. Wybór wody także nie jest bez znaczenia, producent poleca mineralną, ale jeśli napój z syropu ma się stać naszym głównym źródłem nawodnienia, prędzej czy później skończy się na wodzie przegotowanej. Mówcie co chcecie - ja tę truskawkę czuję. Ona gdzieś tam jest, jak fabuła w filmie Michaela Baya. Choć smakuje to dość sztucznie, co na pewno wpływa na ostateczną notę, jest w zasadzie naprawdę smaczne. Niby nie różni się jakoś znacznie od napojów w kartonach, ale ta subtelna różnica jest na tyle istotna, żeby zasugerować nam właśnie wodę z syropem jako napój codzienny. Jakaś taka lekkość i orzeźwienie. Trochę więcej niż "da się wypić".

Zgodnie z powziętym na samym początku zamiarem, czuję się jednak spełniony w swojej misji. Nie szukałem niczego wybitnego - wręcz przeciwnie. Czegoś na tyle przeciętnego, że bez wyrzutów sumienia będę mógł każdego dnia stawiać na kuchennej ceracie szklanicę bladoczerwonego płynu do śniadania, obiadu i kolacji.

Ocena: 6/10 

Na koniec o swojej pasji opowie Dembe Ba, napastnik Chelsea FC:


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

"Lays Strong Mocne Piri Piri", 160g (Frito-Lay)




"Lays Strong Mocne Piri Piri", 160g (Frito-Lay)
Chipsy grubo krojone.
cena detaliczna: ok. 4,49 zł
liczba kalorii: ok. 505 kcal


Czipsy – ów nieskomplikowany, niezdrowy i małomiasteczkowy wytwór cywilizacji białego człowieka, to produkt bez którego trudno wyobrazić sobie przyjacielską nasiadówę. Zapewne nie raz – jak to Polacy – mieliście okazję sączyć wódkę (bezalkoholową oczywiście) i zagryzać jej delikatny zbożowy smak bezczelnie chrupiącym kawałkiem ziemniaka. Czipsy towarzyszyły wówczas barwnym rozmowom o polityce, religii, mężczyznach i kobietach „płci obojga”, hulankom, tańcom i swawolom, co sprawia, że ich społeczny wymiar trudno przecenić.

Niestety – nie ma co się oszukiwać – w toku suto zakrapianych spotkań towarzyskich mało kto przykłada wagę do ich smaku czy jakości, pchając do zapitego ryja wszystko co wpadnie w ręce, niezależnie od tego czy jest to czips, paluszki z podłogi, głowa kota czy kawałek dywanu. Powyższe sprawia, że czipsy choć niezastąpione, nie cieszą się takim uwielbieniem jak np. czekolada. A to duży błąd! – ośmielę się zawołać.

Przez lata poszukiwałem czipsów idealnych, o unikalnym, niepowtarzalnym smaku. Przemierzyłem  hipermarkety, supermarkety, dyskonty, sklepy bezcłowe, bazary, rynsztoki i wysypiska śmieci. Na próżno. Musiałem zadowalać się najtańszymi produktami sygnowanymi logiem kropkowanego żuka lub Star Foods (obecnie Frito Lay Polska). Aż tu znikąd, pewnego dnia – znalazłem w swoim pokoju czarną, dystyngowaną paczkę z logiem Lays. Lubię czarny – kolor Dartha Vadera, SS i Kościoła Katolickiego, więc rzuciłem się na nie, jak gimbus na whisky, pożerając całymi garściami. Był to jeden z nielicznych błędów w moim konsumpcyjnym życiu, bo zrazu okazało się, że czipsy palą podniebienie z równym zapałem, co Niemcy czarownice w XVI w. Kiedy już ugasiłem pragnienie i wyszedłem ze szpitala po tym, jak biegnąc do łazienki, potknąłem się o kabel zasilający komputer łamiąc obojczyk i stojak na kompakty, spojrzałem na porzuconą na biurku paczkę i ze zdumieniem odczytałem napis: „Lays Strong Diabelski Cheddar”. Wiedziałem już, że oto na rynku zaistniała nowa jakość. CZIPSY, przez duże CZI.

Od razu przyznam – nie udało mi się dostać ich po raz drugi (wiem, że nakład „Diabelskiego Cheddara” można jeszcze dostać w niektórych sklepach, ale podejrzewam że są to resztki, bo informacji o nim nie ma nawet na oficjalnej stronie Lays Strong. Najwyraźniej liczba ofiar śmiertelnych była zbyt duża. Nic się jednak nie bójcie – Wpieprzamy – specjalnie dla Was podjęło interwencję w tej sprawie i wystąpiło do producenta z oficjalnym zapytaniem). W lokalnym sklepie znalazłem jednak „Lays Strong Mocne Piri Piri”, które zachwyciły mnie ostrością na odpowiednim poziomie i smakiem, zostając moim czipsowym numero uno.

Ostre Laysy cieszą bowiem i oko, i język, i nawet – a co mi tam – ucho (wspaniałym „chrupotem”).

Poczynając od tego pierwszego, należy na plus zaliczyć wygląd opakowania – mocnego, foliowego i fioletowo-czarnego jak serce urzędnika podatkowego. Po jego prawej stronie (opakowania, a nie serca) producent umieścił ostrzegawczy zegar, pokazujący rzeczywistą ostrość czipsów. Płynnie przechodząc od oka do języka - nie jest to wartość wydumana, bowiem „Mocne Piri Piri” faktycznie dają po podniebieniu bardziej niż „Ostre Chili” i jednocześnie mniej niż „Piekielne Wasabi”, choć należy mieć na uwadze, że wrażenia smakowe są rzeczą względną. Co to oznacza? Ano, dla pana Zdziśka, który dzień zaczyna od butelki denaturatu zagryzanej chrzanem „Mocne Piri Piri” nie będzie wyzwaniem, ale już dla Kasi, młodej studentki pedagogiki na Uniwersytecie Łódzkim może to być przeżycie porównywalne z pamiętnymi, łódzkimi Juwenaliami z 2004 r., kiedy to policja waliła do studentów ostrą amunicją (true story, takie rzeczy zdarzają się w Polsce od czasu do czasu). Podnieść należy jednocześnie, że jakkolwiek ów smak może być dla niektórych „za ostry”, nie można się przyczepić do tego co określiłbym mianem „wyrazistości” i „intensywności”. One są naprawdę smaczne i pozwalają wyraźnie tego doświadczyć!

Skonfrontowane z winem lub dobrym piwem - „Lays Strong Mocne Piri Piri” - stanowią idealne tło, np. do oglądania filmu i są godnym polecenia produktem. Gdyby jeszcze tylko były trochę tańsze…

Ocena: 9/10

piątek, 1 marca 2013

"Konfitura z truskawek", 240g (Łowicz)

"Konfitura z truskawek", 240g (Łowicz)
Podobno konfitura.
cena detaliczna: ok. 4,70 zł
liczba kalorii: 169 kcal/100 g

Jeśli jest coś, czego nie jest w stanie wyjaśnić dosłownie nikt, to jest to sprawa przetworów owocowych. Trochę z nimi podobnie, jak z handlem opcjami na rynku finansowym - nie potrafią wyjaśnić ich nawet ludzie pozornie najbardziej kompetentni. Gdy bowiem zapytałem swoją babcię o różnice między dżemem, marmoladą, powidłami i konfiturami, usłyszałem najpierw ciszę, a potem wymijające odpowiedzi. Poddaję się więc, neguję wszelką wiedzę w tym zakresie jako niepewną, wpieprzam w ciemno.

Problemu identyfikacji kategorii produktu wcale nie rozwiązują napisy na słoiczkach firmowych (tzw. "kupczych", rzadziej: "kupnych"). Jak ktoś produkuje domowo, to wiadomo, każdy kit może wcisnąć (podobnie niestety jest w bimbrownictwie - z owocami nie zanotowano jednak przypadków śmiertelnych), ale żeby nas oszukiwały przedsiębiorstwa, które uczciwie płacą w tym kraju podatki? Jako że brak jest jasnych kryteriów, informacje na opakowaniu są nieistotne. I tu koło pachnącej truskawką błogiej nieświadomości się zamyka (a wy chcecie wytłumaczyć ludziom, jak działa bank centralny).

Kierując się jedynie prawdami owocowej wiary wybieram z półki truskawkową konfiturę marki "Łowicz" (ci to ostatnio rozwinęli asortyment). Nie wiedzieć czemu konfitura z całej tej słodkiej czwórcy kojarzy mi się najbardziej z bogactwem, drożyzną, wypasem. Kto wie, może i nawet arystokracją? Słoik, istotnie, design ma rodem z Wersalu - jest szeroki i wygląda naprawdę elegancko, aż można by użyć go jako dodatku do prezentu lub łapówki. Otwiera się łatwo i już możemy ładować zawartość na pieczywo. Widać duże kawałki owoców, konsystencja jest idealna - taka, że nie spada z bułki i nie na tyle gęsta, aby sprawiać wrażenie sztuczności. 

"Nie mają chleba? To niech smarują konfiturami kajzerki."
Jest słodko, ale nie nieznośnie słodko. Albo inaczej - można to łatwo regulować ilością konfitury w stosunku do pieczywa. Trudno ocenić, na ile produkt swój wyśmienity smak zawdzięcza naturze, ale skład na tylnej etykiecie sugeruje, iż z boskiego planu na to, jaki smak ma truskawka i czym jest, pozostało dość dużo. Albo po prostu nie mam pojęcia, czym jest "guma guar". W każdym razie idealnie zjeść coś takiego do ciepłego mleka (ale mleko jest niezdrowe i należy je traktować jako używkę) czytając książkę lub oglądając ulubiony serial.

Podsumowując, konfitury truskawkowe od "Łowicza" są przepyszne, a ich jedynymi poważnymi wadami są cena i mała ilość. No ale jak się zachciało burżuazję odstawiać, to trzeba cierpieć. To wszystko oczywiście w wypadku, gdy jest to istotnie konfitura, a nie np. dżem i nie oszukali mnie i mojego poczucia klasowej przynależności. Warto!

Ocena: 8/10